Mateusz Kaliński: Bełkot. 27 grudnia 2016

Bełkot/Mateusz Kaliński

W ostatnich dniach tego roku największą radość sprawia mi coś, czego de facto nazwać nie mogę. Coś, co ani barwy, ani dźwięku, ani kształtu, ani nazwy nie posiada, a jednocześnie zawiera w sobie wszystko. Jest to absolutem i niesamoistnością. Jest to Bóg i czort w jednym.

Sprawia problem pisanie o czymś, czego nie potrafi się nazwać. W jakie ramy to ująć? Wynoszę pod niebiosa uczucie, wrażenie, nieświadomość odbioru rzeczywistości, lecz brakuje konkretnych pojęć. Gloryfikuję bezsens? Myślę o grotesce? Wbrew pozorom niezrozumienie nie jest słabością. Odczuwam czasem nieodpartą potrzebę powstrzymania się od interpretacji. Interpretacja w pewien sposób zakłada poruszanie się po bezpiecznych ścieżkach. Dochodzimy do wniosków, ale czy do sedna? Kojarzy mi się to z rusztowaniem, ale co, jeśli po owym rusztowaniu poruszamy się niczym pijani robotnicy?

Podoba mi się świat w swojej zmienności, płynności, niejednoznaczności. W tym, jak wszystko staje na głowie. Każda wartość odwrócona do góry nogami i nic, co wydaje się znajome, takie w istocie nie jest. Rozpada się to, co bezpieczne i znane. Bezustannie się przekształca, deformuje i formuje na nowo. Nic nigdy nie jest takie samo, a jednak wszystko pozostaje starym. Nie jest wszak nowością świadomość tego, że dane nam puzzle (dane czy własnoręcznie wykonane) można układać tak, jak komukolwiek żywnie się podoba. I jest to wspaniałe. Jest to upajające.

Hrabina/rys. Alicja Szewczyk

Hrabina/rys. Alicja Szewczyk

Wracając dziś o czwartej z nocnych wędrówek, zachwycając się przypadkowością znajomości i niewielkimi rozmiarami świata, spotkałem na klatce schodowej Hrabinę. Nazywam ją tak, ponieważ odkąd pamiętam nosi długie futra, wysadzane droższymi lub tańszymi kamieniami naszyjniki i pierścionki, podkreślające dostojność jej rysów i postawy. Hrabina mieszka na parterze razem ze starszym mężczyzną, który jest jej całkowitym przeciwieństwem – wiecznie w tych samych jeansach, sweterku pamiętającym zapewne Gierka oraz brudnej i wymiętoszonej czapeczce z daszkiem. Co ciekawe, nigdy nie widziałem ich obojga jednocześnie. Każde z nich drepcze sobie w ten sam powolny sposób do sklepu, albo z czarnym jamnikiem na spacer. Mężczyzna w swojej czapeczce – jamnik jest jamnikiem takim jak każdy inny, może nawet to zwykły kundel. Hrabina w futrze – jamnik staje się nagle rasowym championem. Co tam rasowym, zyskuje godność wręcz nadrasową! Trzeba oddać Hrabinie sprawiedliwość i przyznać, że jest ona w stanie uczynić wszystko nadrasowym. Szlachetność tej osoby emanuje na przedmioty znajdujące się w jej otoczeniu. Tak więc, kiedy spotkałem ją o czwartej nad ranem na klatce schodowej, kiedy zmierzała w zarzuconym na koszulę nocną futrze, trzymany w ozdobionej błyszczącymi oczkami dłoni worek śmieci nie był zwykłym workiem z odpadkami, lecz aksamitną sakwą, zaś nocna wycieczka do śmietnika (a raczej wycieczki, ponieważ nie pierwszy raz przyłapałem Hrabinę na wyrzucaniu śmieci) rytuałem co najmniej metafizycznym.

Dni ostatnie mieszają się w bezsensie, przez co niechybnie staną się pamiętne. Staną pomiędzy rokiem mijającym a rokiem przychodzącym i będę udawał, że klasyfikacja jest niezbędna. Mimo że noc sylwestrowa do wyjątkowych raczej nie należy i na przesadne obchodzenie szkoda czasu. Dlatego też apeluję, aby unikać fajerwerków, by nie straszyć jamników. W dniach ostatnich powstał cudownie chaotyczny, rzeczywisty bełkot. Rok 2016 chyba zasłużył sobie na nieinterpretację. Jest to tryumf bezsensu. W tych dniach ostatnich wszyscy – nie tylko bezbarwne, zielone idee – śpimy wściekle. I tak najważniejszą kwestią minionych miesięcy wydaje się pytanie „czy drzewa śnią o lataniu?”.