Mateusz Kaliński: Bełkot. 3 listopada

10 listopada 2016

W życiu każdego chłopca przychodzi moment przemiany, moment kluczowy, kiedy przestaje być chłopcem i w mężczyznę się zmienia. Przechodzi metamorfozę fizyczną, jakiś czas później przychodzi metamorfoza psychiczna i zaczyna mężczyzna rozglądać się za mentorem. Nie każdy oczywiście, ja na przykład żadnego nie szukałem – mentor znalazł mnie sam.

Było to w czasach, kiedy jeszcze paliłem na garażach. Może nie każdy chłopiec na świecie i nie na wszystkich garażach świata palił, ale znakomita większość na znakomitej większości tak. I wtedy, kiedy po raz kolejny się ukrywałem, sokolim okiem dostrzegł mnie kloszard, który w zamian za papierosa gotów był udzielić mi życiowej rady. Zapowiedziało go potworne skrzypienie wózka inwalidzkiego – nie miał nóg – i, jakby grozy było mało, odezwał się ochrypłym głosem. Jednak chyba świadomy wrażenia jakie wywołuje, prośbę ubrał w słowa najuprzejmiejsze. Żadnego „kierowniku” czy „mistrzu sportów”, żadne tam „poratuj szlugiem, szefie”, lecz „Przepraszam najmocniej, że niepokoję. Czy mógłby pan może poczęstować mnie jednym papierosem?” Na tak postawione pytanie nie mogłem być obojętny i po chwili, zaciągając się z gracją, objawił mi prawdę.

Kiedy jeszcze miał obie nogi, kiedy jeszcze mieszkał w przytułku dla bezdomnych, poznał kobietę, największą miłość jego życia. Jednak w wyniku różnych komplikacji, o których nie ma sensu teraz wspominać, trafił do więzienia. A kiedy z więzienia wrócił, największej miłości jego życia w przytułku dla bezdomnych już nie było. ­– Dobra kobieta, ale poszła – powiedział. – A dobrą kobietę to trzeba trzymać o tak! Mocno! – zaciśnięta w pięść dłoń powędrowała do nieba. Trwał w tej pozie przez chwilę, opuścił pięść i odjechał mój jedyny mentor.

Myślę teraz, że jego rady nigdy nie zastosowałem w praktyce, ale mimo to scena spotkania kloszarda-mędrca, kloszarda-specjalisty powraca do mnie od czasu do czasu. I zazwyczaj nie powracają ściśle słowa, pchając się pod rozwagę, lecz przede wszystkim skrzypienie wózka. W ogóle skąd on się pojawił? Jedno wyjście obstawione przeze mnie, drugie przeszkoda nie do pokonania dla wózka. Z ciemności się wyłonił?

I co naprawdę znaczyło dla niego „trzymać mocno”? Interpretacje można mnożyć, a konkretów brak. „Trzymać krótko”? „Trzymać blisko”? I jak on biedny chciał trzymać największą miłość życia, jeśli za przewinienia wyrok odsiadywał? Kiedy myślę o tej scenie teraz, to dostrzegam jak efekciarskie to było. Równie dobrze mogło nie być żadnego kloszarda, a sytuację pożyczyłem z jakiejś książki. Albo wszystko zmyśliłem na potrzeby felietonu. Skala banału aż prosi, by wszystko obrócić w fikcję. Jednak nie mogę. Kloszard był prawdziwy.

Tak jak prawdziwe są ­– muszą przecież być – sceny, kiedy spotkam dawną największą miłość życia, zaś ona – a dobrą kobietę to trzeba trzymać o tak! Mocno! – zaciśniętą pięść podnosi do nieba, patrząc mi ze złością w oczy. I inna największa miłość życia tak samo, tyle że w parku. I kolejna, lecz ta – pod sklepem. Wszystkie tylko zaciskają pięści i piorunują wzrokiem. A było trzymać – szepcze do ucha wspomnienie kloszarda-mentora. – Wszak to złote rozwiązanie na wszystko.

Moje dłonie, jak zwykle, luźno wzdłuż ciała. Ani drgną. Skrzypienie wózka pochłania historia.

Mateusz Kaliński

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 + eighteen =