Mateusz Kaliński: Bełkot. 3 stycznia 2017

5 stycznia 2017

Bełkot/Mateusz Kaliński

Nazwałem ten bar Kołowrotkiem, mimo że nie tylko takiej, ale i żadnej innej nazwy nie posiada. Trudno nawet nazwać to miejsce barem. Kołowrotek to przestrzeń za wiejskim, podkarpackim sklepem; powiedzmy „ogródek piwny”, który, kiedy nadchodzą zimne dni, oblekany jest plandeką, by nie ulatniało się ciepło ze starego piecyka na drewno ustawionego na środku lepiącej się podłogi. Można powiedzieć, że wokół tego piecyka kręci się całe życie towarzyskie podkarpackiej osady, jednak mówiąc to, popełniłbym rażące nadużycie. Owszem, liczna klientela wzbudza podejrzenie, że co najmniej pół wsi pije, jednak należy pamiętać o tych wszystkich, którzy nie piją. O tych, którzy zostali w domach albo domy i wszelkie Kołowrotki porzucili na rzecz wiedeńskiej czekolady i wiedeńskiej pensji.

Wychodziłoby na to, że ci, którzy nie wyemigrowali, stali się bywalcami Kołowrotka. Takie odniosłem wrażenie, kiedy byłem tam ostatnio, na przełomie zeszłej zimy i wiosny. Wszedłem do nagrzanej jak sauna przestrzeni, w której zostały wolne może trzy lub cztery miejsca przy jednym ze stołów, poczekałem aż mój przewodnik, moja przepustka do Kołowrotka przywita się z najwierniejszymi Kołowrotniczanami i otworzyłem zakupione wcześniej w sklepie piwo. Bywalcy, bracia w beznadziei, klasycy swojego wiecznie prosperującego gatunku, do którego z radością zapraszają wszelkich potencjalnych współtwórców, pewnie podnosili do ust kolejne butelki i plastikowe kubeczki, wymieniając się bełkotliwymi spostrzeżeniami na tematy polityczne, zarówno globalne, krajowe, jak i lokalne. I oscylowanie wokół polityki lokalnej rozumiem nie tylko jako wyrażanie opinii o osobie wójta, lecz także poglądy w materii spuszczania wpierdolu temu lub tamtemu, za takie a takie przewinienia i urazy.

Mój przewodnik postanowił zaprezentować mnie swoim braciom Kołowrotniczanom i, powołując się na koneksje rodzinne, wymieniając kilku spokrewnionych ze mną mężczyzn, starał się nadać sens mojej obecności.

– To jest syn K. – powiedział do siedzącego najbliżej niego wąsacza.

– Syn K.? – jego nietrzeźwe oczy objechały salę i zatrzymały się na mnie. Podszedł chwiejąc się nieznacznie, spojrzał nieprzytomnie i podał swoją dłoń. – A którego K.?

– R.

Jego uścisk stawał się coraz silniejszy. Patrzył niewidzącym wzrokiem, a ja zastanawiałem się, czy w jego świecie, w jego rozumieniu czasu, nasze spotkanie przebiega równie płynnie jak w mojej rzeczywistości.

– Ty jesteś syn K.?

– Tak.

– Aaa – wciąż trzymał mocno moją dłoń, niemal przenosił na uścisk środek ciężkości całego swojego ciała i opierał się na nim rozpaczliwie. W tym momencie mój przewodnik uznał, że należy interweniować. Nie wiedzieć czemu wybrał sposób dosyć agresywny, w który początkowo wliczały się wulgaryzmy, lecz użycie pięści wisiało w gęsto zadymionym powietrzu. Wąsacz po chwili puścił moją dłoń, spojrzał nieprzytomnie na mnie, na prężącego się przewodnika, na kilku swoich braci Kołowrotniczan – Aaa, syn K.

Kołowrotek/rys. Alicja Szewczyk

Kołowrotek/rys. Alicja Szewczyk

Ścieśnili się Kołowrotniczanie na wąskich ławach, poukrywani za butelkowymi fortecami, oświetleni ciepłym światłem dochodzącym z piecyka i biednej, gołej żarówki zawieszonej pod sufitem. Na każde mignięcie światła jak na znak zmieniali miejsca zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Mignęło i nie ma nic do roboty. Mignęło i nie ma Austrii. Mignęło i trzeba spróbować się odkleić od lepiącej się podłogi. Ale, ale, wyjść? Gdzie? Mignęło i nie ma po co wracać do domów. Mignęło i butelki puste. Trzeba mignąć się do sklepu. Kto pójdzie? Skrupulatnie odliczone dwuzłotówki, złotówki i groszówki wylądowały w dłoniach najpewniejszych, połączonych z wciąż pewnym tułowiem, pewnymi nogami, pewną wystarczająco głową. Dym gęstnieje stopniowo i wdziera się do nozdrzy Kołowrotniczańskiej osady. Słychać przekleństwa, śmiech, bełkotanie, tłukące się butelki.

Najsilniejszym wspomnieniem z Kołowrotka jest właśnie to nieustanne krążenie wokół piecyka. W moich oczach urosło niemal do rangi metafizycznej – oto kilku najzagorzalszych wyznawców wiecznego krążenia przenosi cały swój świat i sens na niespełna dziesięć metrów kwadratowych wirującej przestrzeni i pozwala temu, co wymsknęło się z rąk, krążyć samoistnie po orbicie starego piecyka na drewno. Wzbraniam się przed nazywaniem tego bezsilnością, ponieważ istnieje cień szansy, że wynika to z filozoficznej ciekawości. Mimo wszystko, świadomie czy biernie, dawno puścili to, co mieli, w nieprzerwany ruch. A to co stałe, jeśli w ogóle istnieje, zostawili poza obleczonym plandeką Kołowrotkiem.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seven + nineteen =