Mateusz Kaliński: Bełkot. 8 listopada 2016

17 listopada 2016

Obudziło mnie, kolejny dzień z rzędu, stukanie, pukanie i wiercenie, jakieś pokrzykiwania zza ściany, uparte szuranie i zawzięte skrobanie – pewny znak, że opyleni na biało robotnicy wytrwale remontują to, co na klatce schodowej mojego bloku zostało jeszcze do remontu. A zdawałoby się, że pracy, nawet ostatnich poprawek, pozostało niewiele. Wszak remontują bez wytchnienia nie od wczoraj, a dobre kilka miesięcy.

Jednak jakby z kalendarzem w dłoni usiąść i gruntownie policzyć, musiałoby wyjść, że czas trwania remontu nie w miesiącach, a latach trzeba już liczyć. Szuranie i skrobanie dobiega zza ściany już kilka ładnych wiosen i nic, absolutnie nic nie zapowiada, nie tyle co końca rychłego, co końca jakiegokolwiek. Zaczynam nawet podejrzewać, że panowie robotnicy na dobre się rozgościli i remontować będą do dnia ostatniego, do dnia sądu, na którym nareszcie zostaną rozliczeni ze swojej ciężkiej pracy.

Jedni lokatorzy umierają, na ich miejsce rodzą się nowi, zaś robotnicy ciągle ci sami. Gdzie śpią? Śpią w ogóle? Odnoszę wrażenie, że wiercą i młocą na okrągło, o każdej godzinie. Czasem budzę się z koszmaru zlany potem i upiorność potęguje fakt, że nie jestem pewien, czy to we śnie młotki nieprzerwanie stukały, a wiertarki wierciły, czy to rzeczywistość ponura, rzeczywistość tynku i farby. Robotnicy – skądinąd wyjątkowo ujmujący swą kulturą osobistą – wciąż są na korytarzu, a jak nie tam, to u któregoś z sąsiadów, dokonują mniejszych lub większych prac domowych. Pamiętam, że, zdaje się, dwa lata temu przekuli się nawet do mojego pokoju. Zajrzałem do nowopowstałej dziury, a tam twarz, początkowo wielce zdziwiona, po chwili niemal przerażona przyłapaniem na wpadce, gorączkowo mnie przepraszała. Zaraz w moim pokoju zjawił się cały oddział ubranych roboczo mężczyzn i na zmianę przepraszając – począwszy od ich przywódcy, przez murarza, tynkarza, kamieniarza, ceglarza, na „przynieś, podaj, pozamiataj” kończąc – łatali dziurę raczej niewielkich rozmiarów.

Zastanawia mnie jednak cel tych wszystkich napraw, ponieważ, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, cel domniemany już dawno został osiągnięty. Oczywiście jeśli za punkt docelowy uzna się doprowadzenie remontu do końca, czyli wymianę przestarzałych ustrojstw na nowe czy odmalowanie ścian na klatce schodowej. Jednak uważna obserwacja prac pozwoliła mi dostrzec kilka co najmniej dziwnych faktów. Otóż doliczyłem się dwukrotnej wymiany wszystkich rur w całym bloku, trzykrotnego zdrapywania oraz malowania na nowo każdej ściany, zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz, całej serii wymiany drzwi oraz okien, wymiany balkonów razem z poręczami (wtedy też ktoś zabetonował moją popielniczkę nierozważnie zostawioną na parapecie) oraz wymiany elektryczności i systemu grzewczego. W najgorszych momentach nie miałem więc w mieszkaniu ani prądu, ani wody i siedziałem po ciemku w pokoju trzęsąc się z zimna i słuchając niezliczonych stuków, puków oraz szurań, o wierceniach wstrząsających całym blokiem nie wspominając. Ściany chyba skuli już wszystkie, jakie do skucia mieli i postawili na ich miejsce nowe, więc de facto budynek, jak tkanka cudowna, całkowicie się zregenerował.

A z mieszkania strach wyjść, by nie zostać opylonym, a jak już wyjdę, to strach wrócić do dojmującego hałasu. Czyli wniosek jest taki, że stałem się więźniem absolutnym, więźniem podwójnym, ponieważ nie tylko we własnym pokoju osadzony, lecz także od tego pokoju odcięty. Areszt domowy i bezdomność w jednym! Jednak, tak jak wszyscy lokatorzy, staram się zachowywać spokój. Od jakiegoś czasu nie bez podstaw podejrzewam, że robotnicy pracujący przy remoncie stanowią już grupę znacznie liczniejszą od lokatorów. Czy to lokatorzy się wykruszyli i pouciekali lub zeszli do podziemia, tj. piwnicy, czy to robotnicy potajemnie wprowadzają swoich braci w zawodzie – pozostaje zagadką. Natomiast silne, spracowane dłonie ponownie zaciskają się na szpachelkach, młoteczkach i wiertareczkach. Jak dziwnie – myślę sobie. – Jakby unoszące się w smudze światła drobiny tynku miały mnie przeżyć.

Mateusz Kaliński

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × 3 =