Mateusz Kaliński: Bełkot. Ulisses przeklęty

1 kwietnia 2017
Bełkot/Mateusz Kaliński

Bełkot/Mateusz Kaliński

Jest jeden wyjątkowo silny afrodyzjak, powiedzmy, intelektualny. Otumania on i już sama myśl o nim przewierca na wskroś. Perspektywa zbliżenia upija niczym pierwszorzędny alkohol i wcale nie trzeba zbliżać się do tej podniety w sensie fizycznym. Można zostać w sferze rojeń i fantazji; to właśnie tu rozkłada na łopatki spotkanie z tą niecną nieskończonością. Mowa oczywiście o Ulissesie Joyce’a.

Po co to czytać? Wystarczy, że po prostu jest w bliżej niezmierzonym zasięgu. Wystarczy mówić o Nim, poruszać się po orbicie Jego legendy. Wystarczy znać sam tytuł i tą znajomością się odurzać. Po co więcej? Ta właśnie subtelna perspektywa jest najistotniejsza. Może się zdawać nawet ściśle erotyczną i, proszę mi wierzyć, to prawda!

Podsłuchałem ostatnio rozmowę pewnej parki, która przez Ulissesa wyzwalała wzajemną fascynację. Wyczuwałem to napięcie przy sąsiednim stoliku, ale drażnił mnie fałsz, w który popadali. Zbyt przestraszeni byli narastającym w nich erotyzmem, zdjął ich zbyt wielki wstyd, by móc mu podołać. Dlatego te wszystkie spojrzenia, uśmiechy, przypadkowe zetknięcia ciał starali się za wszelką cenę wyładować w Ulissesie. Wysłuchałem nawet interesujących faktów i rozważań okołoulissesowych, ale niestety nie powiedzieli nic na temat jego samego i, co bez dwóch zdań gorsze, nic związanego z właściwym napięciem. Mimo to podsłuchiwałem, wyłapywałem wszystko co mogłem i wspominałem siebie sprzed kilku lat wpuszczonego w podobną sytuację.

Nie chcę się przyznawać do podrywania na Ulissesa, ponieważ, jeśli taka próba miała kiedykolwiek miejsce, to przyrzekam, że w żadnym razie świadomie. Owszem, wypowiadałem ten tytuł, jego moc poszła w świat, lecz sam tą mocą byłem spętany. Sam się w to władowałem, w spętanie potrójne, ponieważ nie tylko Ulisses otumanił, lecz także alkohol i czyste podniecenie. Co tu ukrywać, w blasku Joyce’a byłem szczylem naiwnym. I tamtego wieczoru zostałem przez niego pokonany.

Czy jest istotne, co ma w sobie samo dzieło? Grunt to legenda – patrzcie, jestem tu, zdobyłem szczyt! Spojrzenie z tego szczytu grozi rzecz jasna zawrotami głowy – a w przekładzie na język dosłowny, bolesny, jak upadek z tego szczytu – pieprzeniem głupot w oparciu o wiarę, że Ulisses to sankcjonuje. Na tym ptaszku Joysie przeleciały się już całe pokolenia młodych intelektualistów. Jawi się mi czasem Ulisses jako ponury manekin, który ku uciesze swojego stwórcy wiedzie najpierw na pokuszenie, a potem na manowce kolejnych pełnych werwy pierwszorocznych polonistów (jak to gdzieś przeczytałem: „literatów in spe”). Czytają? Owszem, zatracają się nawet. Ale w tym zatraceniu błądzą jak dziecko, które zdolne jest jedynie z mgły wyłonić wieżę. I nie ma w tym nic złego, a nawet jest coś imponującego. W końcu to branie piekielnego byka za rogi, mimo że łapki kurze. Jednak ostrożnie! Nie żyjemy w epoce olbrzymów i łatwo popaść w (dziś już ordynarną) śmieszność tłuczenia kopią o byle wiatrak. Trzeba pamiętać, że literatura na Ulissesie się nie skończyła.

A znam takich, co na tym akurat dziele owszem.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 + 15 =