Mateusz Kaliński: Noblista, który nie chciał być nawet głosem pokolenia

19 kwietnia 2017

Krótki szkic o Bobie Dylanie oraz o tomie Duszny kraj w wyborze i przekładzie Filipa Łobodzińskiego

Duszny kraj/okładka

Duszny kraj/okładka

Mimo że Dylan jest obecny w kulturze od ponad pięćdziesięciu lat, dopiero niedawno doczekaliśmy się panoramicznego zbioru jego tekstów. Całkiem możliwe, że przyczynią się one do odkrycia jego twórczości na nowo, tym razem w kontekście poetyckim. Bo ilu dotąd widziało w nim poetę?

Literacki Nobel przyznany Bobowi Dylanowi wywołał dość ciekawą, choć raczej chwilową dyskusję o literaturze. „Czym ona jest?” – pytano. Albo inaczej – czym nie jest? Czy Dylan zasłużył na nagrodę, czy raczej „wytrysła ze zjełczałych prostat podstarzałych, bełkoczących hippisów” jak stwierdził na Twitterze Irvine Welsh[1]? Opinii odmawiających muzykowi miejsca nie tyle w literaturze jako takiej, ile w literaturze wysokiej, w rzeczy samej nie brakowało. Kiedy Bob Dylan nie zareagował na Nobla tak, jak teoretycznie powinien, głosy radykalne się zradykalizowały, a i głosy wyważone także zakręciły nosem. Przez chwilę świat literacki i popkulturowy z leniwym zainteresowaniem oglądał noblowski cyrk. Zadawano kolejne pytania, wygłaszano kolejne opinie, muzyk na forach internetowych zbierał niemałe bęcki od gawiedzi. Dziwne wydawało się to ogólne przejęcie. Jakby Boba Dylana poznali wczoraj. Wszak nie pierwszy raz – delikatnie mówiąc – nazbyt roszczeniowy tłum chciał go zlinczować.

Filip Łobodziński, który przełożył na język polski ponad sto trzydzieści utworów Boba Dylana, zasługuje na ogromne uznanie. Według jego słów praca ta rozciągnęła się na całe dekady, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę skomplikowanie oryginalnych tekstów. Przede wszystkim utwory Dylana należą do konkretnego, wymagającego gatunku, jakim są pieśni. Łobodziński musiał oddać rytm i melodię tekstu oryginalnego, przez co liczne zaimki kończące wersy mogą się wydawać niezgrabne. Jerzy Jarniewicz w recenzji dla Tygodnika Powszechnego[2] zwrócił na to uwagę, jednak zaznaczył także, że oderwanie tłumaczenia od metryki oryginału dałoby zupełnie inne teksty. W niektórych miejscach przekład wymagał niezwykłych i imponujących akrobacji językowych, często tłumacz wręcz mistrzowsko przeniósł gry słowne (polecam porównać wersje oryginalną i polską Samotnej śmierci Hattie Carroll: słowa „cane” i „able” brzmiące jak „Kain” i „Abel” Łobodziński subtelnie przemycił w wersie „wtem jęknęła barmanka i na blat upadła”[3]), często specyficzna melodia wymusza przekształcenia sensu. Jednak dzięki temu polskie przekłady są osadzone w rytmie oryginalnej muzyki, co daje tekstom dodatkowy, nie mniej ważny wymiar – wszak jest to poezja przeznaczona do śpiewu.

Kolejną przeszkodą jest obcość kontekstu. Pieśni Dylana w większości są głęboko zakorzenione w kulturze amerykańskiej. Nawet jeśli odwołuje się on do tekstów dobrze znanych polskiemu czytelnikowi, zgrabnie osadza je w rodzimych realiach. Dlatego też Łobodziński miejscami stawał przed dylematem, czy zachować egzotykę tekstu. Doskonałym przykładem jest utwór Highway 61 Revisited przetłumaczony jako Autostrada A2 na nowo. O ile jesteśmy w stanie zrozumieć kontekst pierwszej zwrotki, w której Bóg nakazuje Abrahamowi złożenie ofiary z syna, o tyle Georgia Sam wymagałby stosownego przypisu. W polskiej wersji więc spotykamy się z Nikiforem (Krynickim) oraz Zegarmistrzem Światła znanym z piosenki Tadeusza Woźniaka.

Ocenienie pracy Filipa Łobodzińskiego przychodzi mi z pewną trudnością. Z jednej strony doceniam tytaniczną pracę, przeniesienie rzeczy pozornie nie do przetłumaczenia (wspomniana gra słów w Samotnej śmierci Hattie Carroll), lecz z drugiej mam obawy co do zbytniej polonizacji (lub „odamerykanizacji”, jak określił swoją taktykę Łobodziński w wywiadzie udzielonym Polskiemu Radiu[4]). Przyznaję w tym momencie, że marzę utopijnie o sytuacji idealnej, w której dostalibyśmy „polskiego Dylana” bez strat, lecz niestety taka sytuacja jest niemożliwa bez obszernych przypisów objaśniających kontekst. A to paradoksalnie mogłoby spłycić polskie wersje. Wykonywanie utworu z akompaniamentem niesie ze sobą chwilowość. Nagromadzenie obcości w tej skali skutkowałoby niezrozumiałą pieśnią, ponieważ nikt nie zdążyłby (szczególnie bez wymaganej wiedzy na temat amerykańskiej kultury) zinterpretować wszystkich szczegółów. Nawet w tym przekładzie nie zawsze jest to proste, mimo że Łobodziński opatrzył każdy tekst krótkim komentarzem. Choć niepozbawione wad, to należy ostatecznie ocenić tłumaczenie jako bardzo dobre. Szczególnie że „Bob Dylan jest nieprzetłumaczalny”[5].

Można oczywiście dyskutować w duchu „dlaczego to słowo zamiast tamtego”, czy „ten wers lub całą piosenkę można by przetłumaczyć lepiej”, jednak to w dużej mierze zależy od indywidualnej wrażliwości oraz pomysłowości. Filip Łobodziński wziął pod uwagę fakt, że być może ktoś inny przełoży te teksty w ciekawszy i bliższy oryginałowi sposób, jednak należy pamiętać, że wykonał imponującą pracę, wprowadzając Boba Dylana do polskiej literatury. Dotąd postrzegaliśmy jego twórczość raczej na innym gruncie niż literacki, często też w „przekazach” (Jimiego Hendrixa, Jacka White’a, Nicka Cave’a, Patti Smith czy wielu innych), nie wiedząc, skąd ten nurt i gdzie leży źródło.

Bob Dylan/Wikimedia Commons

Bob Dylan/Wikimedia Commons

Twórczość Dylana jest wyjątkowo rozległa. Rozbija się na wiele odmiennych, lecz przenikających się wzajemnie wcieleń artysty: spotykamy się z profetą, kaznodzieją, gwiazdą, kochankiem, mężem, włóczęgą, lecz przede wszystkim poetą. W opartym na twórczości i życiu Dylana filmie I’m not there w reżyserii Todda Haynesa z 2007 roku w rolę muzyka wcieliło się aż sześciu aktorów, co pozwoliło na pokazanie wszystkich aspektów jego osobowości. Zrozumienie tego rozwarstwienia wydaje się być kluczem do twórczości. Ważne jest rozróżnienie Dylana poruszającego tematykę nierówności rasowych w Hurricane czy Samotnej śmierci Hattie Carroll od Dylana kochającego i tęskniącego w Gdy ją spotkasz, powiedz „cześć”. Kim innym jest Dylan śpiewający Jak błądzący łach niż Dylan w Adam dał imiona zwierzętom. To, że słuchacz/czytelnik nie jest w stanie uchwycić muzyka w jednym tylko kształcie, pokazuje ciągły pęd, dążenie do nowych rzeczy. Próby, zwycięstwa i rozczarowania nie tylko jednostki, ale być może całej Ameryki. Kiedy Dylan odszedł od protest songów, hymnów ruchów antywojennych i obywatelskich, odeszła od nich Ameryka. Zmiana tematyki nie wiązała się oczywiście z zarzuceniem przekonań, lecz raczej ze zrozumieniem, że nie pieśniami uzdrawia się naród.

Wielokrotnie widziano w nim głos pokolenia, jednak czy ktokolwiek mógłby sprostać takiej funkcji? Z premedytacją używam słowa funkcja, ponieważ „głos pokolenia” wydaje mi się ubrązowiony, silnie osadzony w instytucjonalności. A czy z cokołu można być autentycznym (co przecież pojęcie „głosu pokolenia” paradoksalnie zakłada)? Także Dylan od tej funkcji starał się uciec, co wiązało się z oskarżeniami o oszustwo i zdradę. Z perspektywy lat zabawne jest, że tak właśnie nazwano próbę pozostania autentycznym wobec siebie. Możliwe, że poprzez twórczość chciał odnieść się do własnego sumienia, przy czym trafił do sumienia ogółu.

Nie jest odkryciem, że utwory Dylana mają swoje silne zakorzenienie w tradycji amerykańskiej pieśni bluesowej i folkowej. Wśród inspiracji wymienia się między innymi Woody’ego Guthriego czy Blind Williego McTella (temu ostatniemu poświęcony jest jeden z moich ulubionych utworów Dylana, Blind Willie McTell). Pierwsza płyta muzyka składała się głównie z jego wersji amerykańskich standardów. Szybko jednak zarzucił śpiewanie o nieistniejącej od dawna rzeczywistości i powiązał tradycje ze współczesnymi mu czasami. W wyjątkowy sposób wplótł także liczne nawiązania do Pisma Świętego, Ojców Kościoła, bohaterów literackich z twórczości między innymi Shakespeare’a, tym samym ożywiając ich na amerykańskim gruncie.

Jeszcze przed lekturą Dusznego kraju zastanawiałem się, czy poezja Boba Dylana wytrzyma „próbę noblowską”. Nie chodziło mi o kwestię odbioru tych tekstów na papierze w oderwaniu od muzyki, lecz raczej o całościową ocenę literacką. Teraz jednak męczy mnie pytanie, czym miałaby być taka ocena. Mam wrażenie, że Dylan, wpisując się w, powiedzmy, tradycyjne ujęcia literackie, jednocześnie im umyka. Jest w prostej linii spadkobiercą Dylana Thomasa czy Whitmana (ale też Villona lub Rimbauda), lecz można też dostrzec miejsca, w których stoi poza nią. Dodatkowo w Polsce Dylan był postrzegany raczej jako postać popkultury (często wartościowanej wyjątkowo negatywnie w stosunku do sztuki wysokiej), a nie literatury, przez co przyznanie Nobla naturalnie mogło wywołać pewien zgrzyt. Być może nagroda nie zażegna tak drastycznego rozróżnienia, a Dylan zapisze się w zbiorowej pamięci jako „noblowska maskotka” z logiem zespołu rockowego na brzuszku. Oby tak się nie stało!

Mateusz Kaliński

Bob Dylan

Duszny kraj

Przekład: Filip Łobodziński

Projekt okładki: Wojtek Świerdzewski

Biuro Literackie, 2017

Przy ocenie tłumaczenia pomocna była pozycja Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim Jerzego Jarniewicza (Wydawnictwo Znak, Kraków 2012).

[1] Konto Irvine’a Welsha na Twitterze, twitter.com/irvinewelsh/status/786539790560878592 [dostęp: 13 kwietnia 2017].

[2] Jerzy Jarniewicz, Noblista: święty, goły i turecki, strona Tygodnika Powszechnego www.tygodnikpowszechny.pl/noblista-swiety-goly-i-turecki-147128 [dostęp: 13 kwietnia 2017].

[3]Bob Dylan, Duszny kraj, tłum. Filip Łobodziński, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017, s. 163.

[4] Bartek Koziczyński, Filip Łobodziński: Dylana warto słuchać uważnie [audycja radiowa Rock Blok z udziałem Filipa Łobodzińskiego], Czwórka Polskie Radio. [data emisji: 22.03.2017].

[5] Tamże, Słowo od tłumacza, s. 333

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four × 3 =