Mateusz Kaliński: O biegłości w sztuce rozkładu

1 lutego 2017
Portret młodej wenecjanki - okładka

Portret młodej wenecjanki – okładka

Jerzy Pilch wielokrotnie kazał swojemu bohaterowi poszukiwać największej miłości życia (sam w istocie poszukiwał?), kazał więc też – a jakże – w Portrecie młodej wenecjanki, jednak czy dalej chodzi o poszukiwanie? Czyżby nastąpił moment, w którym zdał sobie sprawę, że wszelkie miłości w rzeczywistości nie miały być trwałe? Nawet jeśli zdawało się, że największe i ostateczne, to – tak czy inaczej – koniec i basta nieuniknione?

Zanim przystąpiłem do lektury, obejrzałem dokładnie okładkę. Na awersie rzecz jasna Dürerowski Porträt einer Venezianerin z uwypuklonym w programie graficznym biustem, na rewersie cytat z powieści, fragment recenzji Tadeusza Nyczka oraz streszczenie fabuły. Z tym streszczeniem mam największy problem. Otóż dowiadujemy się z niego, że „główny bohater, niedoszły historyk sztuki, który całe życie spędził na obsesyjnym poszukiwaniu miłości poznaje młodziutką i olśniewającą Pralinę Pralinowicz (…)”. Potem słówko albo dwa zapowiadające dramatyczne i przewrotne zwroty akcji, kilka pytań mających zachęcić czytelnika (kto-kogo-co: „Kto tu kogo uwodzi, kto kogo zostawia, kto nad kim ma władzę?”) i oto zostajemy wrzuceni w krąg oczekiwań. Czy powieść je zaspokaja? Na szczęście nie. Na szczęście tego nie wymagałem. Tematykę związków poruszano już tyle razy, że kolejna historia ani nic by nie wniosła, ani nic nie wyniosła. Jednak znając prozę Pilcha całkiem nieźle, wiedziałem, że fabuła jako taka będzie jedynie okazją do snucia rozważań na tematy fundamentalne.

Pretekst oczywisty, ponieważ próżno tu szukać zwartej historii. Portret jest pomieszaniem dzienników, esejów i beletrystyki. To nie jest opowieść o związku z Praliną, lecz o samotności i rozpaczy, o sztuce rozpadu, jak głosi tytuł pierwszego rozdziału. Związek związkiem, ale podsumowania też trzeba zrobić, najlepiej podsumowania totalne, wręcz ostateczne. Narrator wpada w manię katalogowania, tworzenia spisów, słowników, monografii. Mamy więc słownik depresji, spis najstraszliwszych możliwych odpowiedzi na „kocham cię”, krótką rozprawę na temat wyższości wieszania się nad innymi metodami samobójczymi oraz – inaczej być nie mogło – obszerne podsumowanie życia erotycznego. Podsumowanie? Może jednak coś więcej, powiedziałbym –  traktat erotyczny. Zapis porad praktycznych, trochę teorii, kilka wspomnień, pisemny dowód na stany euforyczne i stany upadku ducha.

A tych ostatnich w Portrecie niemało. Jest to obok Drugiego dziennika najciemniejszy, najszczerszy, a przede wszystkim najintymniejszy z utworów Pilcha. Charakterystyczna dla niego ironia, mimo że obecna, nie nabiera takiej intensywności jak w innych utworach. Nieustanne dążenie do miłości, spotkanie oraz jej pogrzebanie prowadzi narratora do kwestii ostatecznych, oswojenia rozpadu. Rzecz jasna nie jest to proces bezbolesny. Przedostatni rozdział Hak na haku to miotanie się w wyborze między życiem a śmiercią. „Rzeczowe” potraktowanie tematu samobójstwa, rozważanie aspektów technicznych, wzbudza grozę właśnie przez podejście bohatera. Monolog niby Pilchowski, niby jego zdania, niby po staremu, a jednak wszystko okrojone. Trudno wieszczyć rewolucję, ale odnoszę wrażenie, że Pilch celowo powściągał swój język. Nie starał się tworzyć rozbuchanej gawędy, mistrzowskiej opowieści, lecz skupił się na istocie. Odczuwam delikatną tęsknotę za Pilchowską frazą, jednak myślę, że warto zaufać autorowi, że tak właśnie to musiało być zapisane.

Po samobójczej retoryce, w rozdziale Powrót, niemal w epilogowej formie, zwraca uwagę przejście z czarnej rozpaczy do stanu względnego spokoju. Porządkowanie biblioteki zyskuje wymiar transcendentny, ma to być odnowienie sojuszu z siłą wyższą. Widoczna jest nadzieja w jego słowach, a nadzieja ta wychodzi z niczego innego, jak z literatury. Pojawia się ostatni katalog, tym razem książek oddanych do introligatora, jednak, żeby spis nie był zbyt oczywisty, narrator podaje jedynie wskazówki co do tego, które książki wybrał. Zbiór zagadek? Literatura to zagadka? Odpowiedzi? A jakże!

Wiele w Portrecie rzeczy wartych zachwytu, jednak nie oznacza to, że Pilchowi wyszło dzieło najlepsze w dorobku, nawet nie drugie ani trzecie, zresztą dalej nie warto ciągnąć rankingu. Najwyżej dobre. Podczas lektury odnosiłem czasem wrażenie, że wiele dygresji można byłoby pominąć, wciśnięte jakby na siłę niewiele wnoszą, bywają nawet nużące. Nietrudno także zauważyć mnogość odwołań do wcześniejszych utworów oraz nawiązań autobiograficznych. Wszak miłość do Praliny Pralinowicz to istotny dla pisarza wątek z jego życia. Warto nadmienić, że to drugi w ciągu kilku miesięcy powrót do oszołamiającej piękności poznanej na jednych z targów książki – wcześniej mieliśmy okazję poznać relację samej zainteresowanej na łamach biografii Jerzego Pilcha.

Przed przystąpieniem do lektury Portretu młodej wenecjanki (do czego oczywiście gorąco zachęcam) polecam sięgnąć po wcześniejsze utwory. Jak to zwykle bywa z pisarzami osadzającymi własną twórczość w swoim życiorysie, sięganie po powieść najnowszą będzie doświadczeniem może nie tyle połowicznym, co na pewno uboższym. Jeszcze tylko na koniec, popisując się całkiem zręczną – mam nadzieję – parafrazą Pilchowskiej metafory piłkarskiej – warto prześledzić przebieg meczu, zanim przejdzie się do opowieści o tym, jak pierwszorzędny zawodnik nie strzelił samobója. No i rzecz jasna, czekamy na to, co rozegra w czasie doliczonym.

Mateusz Kaliński

Jerzy Pilch

Portret młodej wenecjanki

Wydawnictwo Literackie

Kraków, 2017

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nine + 19 =