Michał Rogalski: Estetyka w stylu „Mówią wieki”

19 marca 2011

o spektaklu Chyba już można… w Teatrze Ateneum.

Andrzej Poniedzielski / materiały teatru

Siedzenie na scenie Andrzeja Poniedzielskiego, przy znacznej sympatii do osoby wykonawcy, można nazwać spektaklem. Nie brakuje mi takiej sympatii, więc nazywam je w ten sposób. Targany jednak przez niewielkie, choć smutne rozczarowanie (nawiązując do stylistyki wykonawcy można by powiedzieć „rozczarowanko” właściwie), muszę z przykrością stwierdzić, że najprzyjemniej jest wtedy, kiedy nic się nie dzieje.

Andrzej Poniedzielski, znany wielbicielom rozrywki inteligentnej i pozbawionej zbędnego dynamizmu, tworzył i tworzył w życiu swoim wiele i uznał widocznie, że skoro tyle natworzył, to należałoby jakoś to tworzenie podsumować. Z tego zrodził się monolog, częściowo śpiewany, z akompaniatorem w tle. Ta porządkująca nazwa i zmysł analityczny pozwoli nam systematycznie wyłuszczyć mocniejsze i słabsze strony przedsięwzięcia Poniedzielskiego w Teatrze Ateneum.

Monolog jest największym walorem tego spektaklu. Narracja wykonawcy płynie wartko i z niezwykłą lekkością. Schemat, wedle którego płynie opowieść, choć zapewne dość szczegółowo opracowany, dzięki mistrzostwu wykonania zręcznie omamia widza, stwarzając w nim przekonanie, że jest świadkiem nieustannej improwizacji, niepozbawionej głównego wątku. Poniedzielski omawia poszczególne fazy rozwoju swojego życia społecznego i artystycznego, nie szczędząc przyjemnych i z maestrią podanych anegdot. Nieco konfidencjonalnie traktuje starszą część widowni, zakładając, że łączące ich podobieństwo doświadczeń pozwoli im lepiej zrozumieć całą groteskowość i nostalgiczność opowieści. Młodsza widownia traktowana jest odrobinę jak przybysze z innej rzeczywistości, którzy głębokości doświadczeń człowieka żyjącego w PRL-u przeniknąć nie są w stanie. Cóż, każdy ma prawo do własnych predylekcji.

Częściowo śpiewany jest ów monolog, ale nie jest przez to atrakcyjniejszy. Poniedzielski nie rezygnuje bowiem z upodobania do oszczędnych środków artystycznych i melodia w jego wykonaniu znajduje się w zaniku, co upodabnia jego śpiew do monotonnej melorecytacji. Nie trzeba tego może traktować jako wady, ale muszę przyznać, że taki sposób śpiewania o wiele lepiej broni się, gdy jest skontrastowany z prawdziwym wykonawczym kunsztem (jak choćby w spektaklu Chlip hop, gdzie wokalną przeciwwagę stanowi znakomita Magda Umer). W wypadku, gdy Poniedzielski śpiewa sam, jak w opisywanym Chyba już można, jego śpiew staje się monotonny i – dla mnie przynajmniej – nużący.

Z akompaniatorem też mam problem. Nie czuję się kompetentny w materii wyobraźni muzycznej i precyzji wykonawczej, ale przeszkadzał mi fakt, że muzyka w istocie nie dobywa się z instrumentów, ale jest modyfikowanym przez syntezator strumieniem prądu zamienianego przez głośniki w dźwięk. Rozbudowana instrumentalistyka, nieco kiczowata, ale na syntezatorze nie da się jednak imitować orkiestry czy jazzbandu, była – sądzę – przygotowana wcześniej, a akompaniator grał jedynie główną linię melodyczną. Ducha w tym jednak nie było i zastąpienie wykonawcy muzyką nagraną z taśmy wiele by chyba nie zmieniło. Co innego, gdyby w miejsce syntezatora postawić pianino albo akordeon (no, gitarę ewentualnie).

W tle była jednak widownia, która bawiła się dobrze, a miejscami nawet próbowała podejmować dialog z wykonawcą (co z wielkim entuzjazmem się nie spotykało). Było to więc autentyczne spotkanie, choć może w dość formalnym teatralnym sztafażu. Sztuka opowieści w świecie krótkiej notki prasowej i telewizyjnego newsa, dzięki przedsięwzięciom takim jak to, ma się nienajgorzej.

Michał Rogalski

 

Chyba już można… Wieczór autorski Andrzeja Poniedzielskiego. Akompaniament: Andrzej Pawlukiewicz. Scena na Dole w Teatrze Ateneum. Premiera: 08.04.2010r.

Spektakl obejrzany 8 III 2011r.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − twelve =