Michał Rogalski: Piekielna infekcja

14 kwietnia 2011

o spektaklu „Utwór o Matce i Ojczyźnie” w reż. Marcina Libera.

 

Utwór o Matce i Ojczyźnie / fot. Beata Ziemowska

Znakomity dramat. Wybitny spektakl. Nic tylko wsiąść w pociąg i jechać do Szczecina.

Na scenie leży staromodny dywan. Na nim stoi stół. Na stole stoi mikrofon, laptop, pojemnik na ołówki i papierosy (z ołówkami i papierosami w środku oczywiście). Po dwóch stronach stołu dwa krzesła. Przestrzeń jest z czterech stron ograniczona (naprzeciwko siebie znajdują się dwie trybuny z miejscami dla widowni, pozostałe dwie strony ograniczają drewniane ściany. Widz jest zaproszony do środka pokoju, gdzie wrze twórcza praca, a może do gabinetu przesłuchań, gdzie dwie postaci obrzucają się wzajemnie oskarżeniami.

Narratorka i Usia (córka), dwie postaci z dramatu są w spektaklu grane przez jedną osobę (znakomicie wyczuwająca rytm tekstu Beata Zygarlicka). Córka jednocześnie opowiada swoją historię i przeżywa ją. Nie ma tu jasnej granicy między opisem a interpretacją. Nie ma nagiej rzeczywistości, jest tylko konstrukcja. Prowadzi to do tego, że widz nie otrzymuje tu jedynie indywidualnej historii, ale również filozoficzną opowieść o archetypach matki i córki.

To, że w spektaklu wiele jest o polskości, żydowskości, macierzyństwie, cierpieniu, nie sprawia, że widz czuje się przytłoczony ciężarem myślowych konstruktów. Dla warstwy ideowej dramatopisarka i reżyser znaleźli znakomite środki artystyczne.

Po pierwsze, uderza niezwykły rytm tekstu. Fascynuje zwłaszcza genialna Irena Jun w roli Matki. Matka ubrana w czerń jak biedna Żydówka, ale i jak płaczka, mówi frazą niezwykle plastyczną. W interpretacji Jun staje się ta fraza żałobnym zaśpiewem, mityczną pieśnią o niesprawiedliwości losu, krzywdzie i pustce.

Ojczyzną Matki jest jedynie cierpienie. Domem Matki są zmarli zostawieni we Lwowie. Zmarli Matki nie są zmarłymi córki. To nie jej babka, wujowie i ciotki, ale herosi mityczni, z którymi urodzona po wojnie córka nic wspólnego nie ma. Ich widma Matka hipochondryczka nieustannie przywołuje i przykuwa przy ich pomocy córkę do siebie. Dla córki wyzwolenia nie ma. Targa nią mieszanka litości i wstrętu, ale przecież Matka to matka – więzy krwi, historia, cała przeszłość.

Aż dziw, że wrzący tygiel emocji i wątków udało się realizatorom osiągnąć tak prostymi środkami. Jedyne żywe postacie to wykonawczynie ról Matki i Usi. Chór, pełniący w dramacie niezwykle ważną rolę, został zredukowany do multimedialnych projekcji wyświetlanych na drewnianych ścianach. Wyświetlane postacie ubrane są w stroje regionalne z różnych części Polski. Mówią lub śpiewają, kontrapunktując akcję sceniczną. Znakomite są dwa fragmenty wykonywane przez członków chóru – rekonstrukcja pieśni z Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze i pieśń o Elfride Jelinek. Trzeba jednak przyznać, że wydobywany przez chór wątek napięcia w relacjach polsko-żydowskich jest pokazany zbyt nachalnie. Jad w nich obecny zamienia się w wejściach chóru w otwarty gniew i jazgot bezmyślnych sloganów. W tych momentach przekroczona jest granica, która oddziela artystyczny manifest i sugestię od agresywnego przekazu pedagogicznego. Niepotrzebnie.

To, co widać i słychać podczas szczecińskiego spektaklu, można po namyśle zamknąć w zgrabne, erudycyjne formuły o wysokim stopniu ogólności. Wtedy jednak ulatuje Duch, a on jest tym, co najwspanialsze w szczecińskim Utworze o Matce i Ojczyźnie. Twórcy tchnęli Ducha i Geniusz w martwą teatralną materię. Błogosławieni, którzy zechcą zobaczyć i uwierzyć.

Michał Rogalski

 

reżyseria, scenografia: Marcin Liber
kostiumy: Grupa Mixer
muzyka: Aleksandra Gryka
wideo: Studio Filmowe LadaChwila

obsada: Irena Jun, Beata Zygarlicka

chór (wideo): Barbara Biel, Maria Dąbrowska, Grażyna Madej, Ewa Sobiech, Grzegorz Młudzik, Wiesław Orłowski, Arkadiusz Buszko, Robert Gondek

(autor obejrzał spektakl 7.04.2011 roku w ramach WST)

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × 1 =