Michał Rogalski: Żal mi Irydiona.

15 marca 2013

O spektaklu Irydion z Teatru Polskiego w Warszawie.

Irydion materiały teatru

Irydion materiały teatru

Może to kwestia tego jednego nieszczęśliwego wystawienia. Może problemem jest dramat Krasińskiego, w którym bogactwo treści ideowych nie rekompensuje niesceniczności. A może problematyczne tak dla twórców, jak i dla widzów stały się kody kulturowe (te greckie, te rzymskie i te chrześcijańskie). Czyżbyśmy wyobcowali się z cywilizacji, której produktem jesteśmy?

Mam z tym spektaklem same problemy. Pierwszy wynika z głębokiego wewnętrznego konfliktu. Rozsądek podpowiada mi, że czas trwania przedstawienia nie powinien być kryterium jego oceny, ale przecież serduszko krzyczy, że – na Boga (tak, tak – tak właśnie krzyczy) – nie każdy jest Krystianem Lupą i nie każdy potrafi zająć widza przez dwie godziny i minut czterdzieści. I co zrobić? Słuchaj serca! – mógłby ktoś odpowiedzieć. Owszem, posłuchałbym, ale wydaje mi się, że to nie rozwiązałoby sprawy. Nieuczciwe byłoby stwierdzenie, że w tym spektaklu są dłużyzny, które można by wyeliminować i tym sposobem przedstawienie uzdrowić i ulepszyć.

Irydionie w reżyserii Andrzeja Seweryna dłużyzn nie ma. Tempo spektaklu jest bardzo konsekwentne. Artystyczne założenie, które stoi za niespiesznym prowadzeniem spektaklu, wydaje mi się czytelne – twórcom nie chodzi o to, żeby pokazać nam kolejną sztukę (tym razem rocznicową), dać chwilę wytchnienia i pozwolić spokojnie odejść do domu. Irydion ma być czymś więcej niż przeżyciem estetycznym – ma być także przeżyciem mistycznym. Wydaje mi się, że brak i jednego, i drugiego, ale wcale się z tego nie cieszę. Jest mi nawet trochę żal, bo bardzo podoba mi się polityka powrotu do klasycznego polskiego repertuaru (od romantyzmu do modernizmu) prowadzona przez dyrekcję Teatru Polskiego. Żal mi Irydiona. Dlaczego? Spróbuję opowiedzieć o tym od początku.

Na początku kurtyna idzie w górę i pojawia się ekran. Ekran, na którym wyświetlone zostały podstawowe informacje o historii wystawień Irydionana polskich scenach. Po kolei, od pierwszego do ostatniego: data, teatr, reżyser. Materiał fotograficzny jest już jednak nie tak kompletny (logika doboru fotografii jest dla mnie nieprzenikniona) i nie każdy historyczny spektakl ucieszy nasze oko. Dowiemy się jednak na końcu prezentacji, że spektakl, który się za chwilę rozpocznie, zamyka korowód polskich Irydionów. Ekran idzie w górę i na szczęście już nie wraca.

Na scenie, na podwyższeniu za dymiącą kadzielnicą siedzi Elsinoe (Anna Cieślak) – ta, którą brat Irydion (Krzysztof Kwiatkowski) odda na pastwę Rzymu i cesarza Heliogabala (Krystian Modzelewski), aby w ten sposób zamaskować swe niecne zamiary pokonania rzymskiej potęgi i przywrócenia wolności zgnębionej Ojczyźnie, Grecji. Na scenie widzimy także samego Irydiona i stojącego za nim – zawsze na drugim planie, a mimo to sterującego całą historią – Massynissę (Jerzy Schejbal). Sytuacja jest oczywiście nie do wytrzymania, bo jakże to tak – Grecja, kolebka Europy, ojczyzna filozofów, ma leżeć zduszona przez imperialny rzymski but, noszony – o, bogowie! – przez rozpustnika i histeryka Heliogabala (który już za chwilę zacznie biegać po scenie w samej bieliźnie i cesarskim purpurowym płaszczu). Oczywiście tak być nie może! Irydion to czuje, Massynissa utwierdza go w tym przekonaniu, więc nasz bohater nie waha się poświęcić nie tylko siostry, ale i zakochanej w nim chrześcijańskiej ascetki Kornelii (Marta Kurzak), a nawet całej gminy chrześcijańskiej. Ta ostatnia nie daje się jednak wykorzystać, bo przecież rządzi nią rozsądny papież Wiktor (Olgierd Łukaszewicz), który powstrzymuje wojenny zapał dziarskiej chrześcijańskiej młodzi.

Wszystko więc obraca się wniwecz. Irydionowi nie wychodzi rewolucja. Koło historii toczy się swoim tempem i greckie marzenie o niepodległości, które marzy Irydion, staje się tylko przypadkowym sztafażem dla zmiany władzy i pozwala nowemu cesarzowi ukazać się przed rzymskim ludem w glorii bohatera, który uśmierzył krwawe niepokoje. Irydion grał w grę, której zasad nie znał, i wcale nie walczył o wolność, ale był wodzony na pokuszenie przez Massynissę – prawdziwego księcia tego świata – wodzony skutecznie. Chrystus, Bóg miłościwy, daje mu jednak kolejną szansę i wysyła na wielowiekową wędrówkę, która ma go na końcu czasów zaprowadzić do Polski. Tam dokona się jego kolejna, tym razem ostateczna, próba.

Dramat Krasińskiego jest dość misternie skonstruowany. Akcja – wszystkie perypetie bohaterów próbujących zdobyć władzę – stanowi tylko pretekst dla głębszej teologicznej i filozoficznej refleksji. Seweryn próbuje odczytać Irydiona właśnie w ten sposób – pod pretekstem akcji nadając widzialny, materialny kształt myśli historiozoficznej Krasińskiego. Wybrany przez twórców klimat misterium to dobre posunięcie, bo przecież nie chodzi o to, żeby dużo się działo, ale żeby maksymalnie dużo pokazać. Dla tego sposobu myślenia symptomatyczne są sceny rewolucji, w których – cóż – nic się nie dzieje. Gladiatorzy Irydiona stoją w rzędach na scenie i wykonują szereg powtarzających się gestów, przypominających obmycie rąk przez Poncjusza Piłata, transowa muzyka staje się wyjątkowo monotonna, a to wszystko ma nam wystarczyć za opowieść o pożarze Rzymu, o lejącej się krwi, o krzyku i strachu.

I wystarczyłoby, podobnie jak wiele innych doskonałych estetycznie scen w tym przedstawieniu, gdybyśmy, zamiast nudzić się monotonią, myśleli o tym, co się za tym wszystkim kryje. Ja nie potrafię, ja się nudzę. Muszę przyznać się do kapitulacji – dla mnie mistycyzm Sewerynowego Irydiona jest bardzo naiwny.

Jak mam uwierzyć w dramat bohatera zaplątanego w dwie wielkie opowieści: patriotyczną – o ukochanej Ojczyźnie, i chrześcijańską – o miłosiernym Bogu, który wzywa, aby oderwać się od doczesnego świata? Nie czuję jego dramatu, nie czuję tej grozy. I to nie dlatego, że np. aktor sepleni lub mamrocze – dykcja wszystkich występujących w spektaklu jest bez zarzutu. Również nie dlatego, że odtwórcy ról wspinają się na koturny deklamacji – sposób podawania tekstu jest znakomity. A mimo to przekaz płynący ze sceny, który powinien być wzniosły, wydaje mi się pretensjonalny, a w najlepszym razie komiczny. Proste w formie kostiumy prowadzą mnie raczej do skojarzeń z postaciami z popkultury (Massynissa przypomina bardziej demonicznego szefa międzynarodowej siatki przestępczej niż diabła) niż do wejścia w świat wiecznych idei, odwiecznej walki dobra ze złem. Również ruch sceniczny, którego ascetyczność miałaby prowadzić do odczucia napięcia emocjonalnego i religijnego, wydaje mi się oschły i powolny, a gest obmywania rąk przez gladiatorów, oprócz skojarzeń z Poncjuszem Piłatem, przywodzi mi także na myśl tańczenie Makareny.

Ktoś mógłby powiedzieć, że sam jestem sobie winien i nie umiem docenić wzniosłości spektaklu. Sądzę, że wina nie leży tylko po mojej stronie. Przyjęcie przez twórców założenia, że wystarczy oczyścić Irydiona z romantycznego nadmiaru, aby klejnot poezji samoistnie zajaśniał wspaniałym blaskiem, jest myśleniem życzeniowym. Zmienił się sposób życia, nauczania i przeżywania kultury. Maria Janion już dawno nazwała tę zmianę „kresem paradygmatu romantycznego”. Kresem? A może raczej kryzysem. Jeśli się o tym zapomni i założy, że każdy Polak intuicyjnie zrozumie Irydiona, można się srogo zawieść. Wzniosłość może spłynąć po widzu jak po kaczce.

Michał Rogalski

Zygmunt Krasiński, Irydion

reżyseria: Andrzej Seweryn, scenografia: Magdalena Maciejewska, kostiumy: Dorota Kołodyńska, muzyka: Olo Walicki, reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski, ruch sceniczny: Leszek Bzdyl, występują:  Anna Cieślak, Marta Kurzak, Piotr Bajtlik, Paweł Ciołkosz, Piotr Cyrwus, Wojciech Czerwiński, Paweł Krucz, Szymon Kuśmider, Krzysztof Kwiatkowski, Olgierd Łukaszewicz, Krystian Modzelewski, Maksymilian Rogacki, Jerzy Schejbal, Leszek Teleszyński. Premiera: 29 I 2013. Teatr Polski w Warszawie.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 × 4 =