Natalia Kamińska: Poza linią

21 grudnia 2015

O spektaklu Plac bohaterów w reżyserii Krystiana Lupy z Litewskiego Narodowego Teatru Dramatycznego w ramach 8. Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia w Krakowie

Plac bohaterów/fot. Dmitrij Matwiejew

Plac bohaterów/fot. Dmitrij Matwiejew

Sobota. Warszawę przecina marsz Komitetu Obrony Demokracji, ja w tym czasie bawię się w Krakowie na Boskiej. Gdy następnego dnia tłumy wylegają na stołeczne ulice z okazji 13 grudnia, wsiadam w czternastkę pod Bagatelą i próbuję dotrzeć na najnowszy spektakl Krystiana Lupy.

Nie, to nie będzie recenzja polityczna.

 

Zapytany o to, czy poprzez inscenizację Placu bohaterów Thomasa Bernharda w wileńskim Teatrze Narodowym chce coś powiedzieć Litwinom o nich samych, Krystian Lupa powiedział, że nie wie o litewskim społeczeństwie wystarczająco dużo, by móc im „postawić lustro”. Nie jest to więc spektakl o Litwinach, to może o Polakach? Albo o znienawidzonych przez Bernharda Austriakach? Czy też może o Żydach, skoro na scenie obserwujemy żydowską rodzinę? Myślę, że odpowiedź brzmi „tak” dla każdego z przykładów. Ale nie o wszystkich razem, a każdym z osobna. O Litwinie, Polaku, Żydzie, Austriaku…

 

Reżyser przyznał, że nie docenił Placu bohaterów, dopóki nie rozpoczął nad nim pracy. Wydawało mu się nawet, że jest raczej nieudany, że to już stary, schorowany Bernhard, że było pisane na zamówienie (co zresztą jest prawdą). Trudny w lekturze i nieprzejrzysty, okazał się być według Lupy najgenialniejszym z dzieł austriackiego dramatopisarza. Artysta stwierdził nawet, że sztuka jest z rozmysłu źle napisana – przemilcza wszystko, co powinno zostać powiedziane. Postaci mówią dużo, usiłując zahaczyć o jakiś temat, do czego jednak nigdy nie dochodzi. Tak jak u Becketta, u Bernharda ważne jest to, co zostaje przemilczane. Przestrzeń niewypowiedzianego i mówionego oddzielają charakterystyczne dla reżysera linie, na granicy których balansują postaci spektaklu. Według Lupy każdy człowiek posiada indywidualne kłamstwo. Brzmi znajomo? Spróbuję opisać, co niewypowiedzianego usłyszałam.

 

Zamieszkały przy Heldenplatz profesor filozofii Józef Schuster popełnił samobójstwo, rzucając się z okna swojego mieszkania. Czynu dokonał tuż przed planowanym wyjazdem do Oxfordu; nic nie wskazywało na to, aby zamierzał zakończyć życie. O wydarzeniu dowiadujemy się z otwierającej spektakl rozmowy dwóch gospodyń, pani Zittel i Herty (Eglė Gabrėnaitė i Toma Vaškevičiūtė), przygotowujących dom profesora do sprzedaży kilka dni po tragedii. Czyszczą jego buty, prasują koszule. Dokładnie taką metodą, jakiej żądał Profesor. Sam zmarły pojawia się zresztą w spektaklu jako projekcja na ścianie i osobiście pokazuje, jak należy to robić. Zabieg moim zdaniem niepotrzebny, jego pozorna czy też nadnaturalna obecność jest wystarczająco silnie zaznaczona przez elementy prywatnej garderoby oraz moc nakazów, którym wciąż podporządkowuje się służba, co zresztą tym wyraźniej podkreśla jego rzeczywisty brak Mamy więc sytuację ibsenowską – tragedia rozegrała się gdzieś poza obrębem dramatu, my jesteśmy świadkami jedynie jej reperkusji.

 

Kolejna część spektaklu rozgrywa się na cmentarzu i dopiero wtedy pojawiają się członkowie rodziny zmarłego – córki Anna (Viktorija Kuodytė) i Olga (Eglė Mikulionytė) oraz brat, Robert Schuster (Valentinas Masalskis), także profesor filozofii. W tej właśnie scenie szczególnie wybrzmiewa nakreślony przez Lupę problem „wypowiadania, ale nie mówienia”. Z dwóch, jakże odmiennych sióstr, głos ma właściwie jedynie Anna, która, krytykując polityczną bierność ojca i wuja, nawołując do aktywnego sprzeciwu, balansuje na wykreślonej specjalnie dla tej sceny czerwonej granicy, nigdy jednak faktycznie jej nie przekraczając. Olga, potulna na tyle, by nie zareagować nawet wtedy, gdy na ulicy zostaje opluta jako Żydówka, stanowi zarazem jej przeciwieństwo i dopełnienie. Razem tworzą coś w rodzaju rozszczepiania postawy ich Wuja, który, wyczekiwany przez siostry, pojawia się w połowie aktu. Zapowiadany jako ten z braci, który (w przeciwieństwie do Profesora), potrafi cieszyć się życiem, wygłasza swego rodzaju „pamflet na wszystko”. Jego postawa jest jednocześnie agresywna i bierna – krytykuje, ale nie chce uczestniczyć, rozlicza, ale wycofuje się. Jest zbyt stary, zbyt doświadczony, żeby mogło go coś jeszcze obchodzić. Owo cieszenie się życiem jest więc w zasadzie zdolnością do zachowania pewnej bierności wobec biegu historii. Radość jest jednak pozorna – jego słowa wyrażają gniew, frustrację i całkowitą niemożność zapanowania nad sytuacją.

 

W ostatniej odsłonie towarzyszymy rodzinie podczas stypy. W tej części słowa zostają ostatecznie zdegradowane, służą właściwie temu, żeby zapełnić przestrzeń, skrócić oczekiwanie, zabić czas. Rodzina oraz zaproszeni goście czekają na Wdowę, będącą, zdaje się, jedyną postacią, która nie ucieka. Przyjmuje swój ból otwarcie, nie broni się przed nim, nie zagaduje strachu. Co znamienne, właściwie dopiero w ostatnich kilku minutach spektaklu jesteśmy w centrum wydarzeń. Wcześniej znajdujemy się gdzieś na obrzeżach narracji – uczestniczymy w przygotowaniach pomocy domowej, w rozmowach odbywających się na cmentarzu między pogrzebem a stypą czy w dyskusji mającej miejsce się tuż przed kolacją, w oczekiwaniu na spóźniającą się Wdowę. Ciągle w kulisach, ciągle poza linią.

 

Krystian Lupa tłumaczył, że Profesor wrócił tam, skąd Hitler próbował go wypędzić. Chciał nasycić Plac Bohaterów swoją obecnością. Może dlatego, zamiast wyjechać do Oxfordu, skoczył z okna? Wsiąkająca w bruk krew sprawiła, że Profesor stał się nieusuwalny. Nikt i nic nie jest w stanie wygonić go z tego miejsca, jego obecność ukonstytuowała się i nie zagraża już jej ten tłum, ta siła o nieokreślonym źródle, która prześladuje Wdowę, doprowadzając ją na skraj obłędu. Wygrał.

 

Boska Komedia 2015

Mamy więc katalog postaci składających się na portret człowieka istniejącego „poza”, uciekającego. Na wieś, do Oxfordu, w starość, w ignorancję, w samobójczą śmierć. Człowiek – zwierzę niepolityczne? Wprawdzie większość komentarzy dotyczących Placu bohaterów odczytuje spektakl jako wypowiedź krytykującą polityczną bierność elit intelektualnych (podobnie jak w Wycince – artystycznych), dla mnie jednak najbardziej uderzający jest problem, który określiłabym jako „przemoc przynależności” – nieodzowną w życiu społecznym, ale niekiedy tragiczną dla jednostki konieczność bycia wpisanym w większą całość.

 

Stworzeniu poczucia wyobcowania sprzyja scenografia przywodząca na myśl inną inscenizację tekstu Bernharda w reżyserii Lupy, Kalkwerk. Przestrzeń jest szarobłękitna, malarska, stonowana. Umieszczone w tym samym miejscu wielkie okno (motyw zresztą często wykorzystywany przez reżysera, podobnie jak linie wyznaczające poszczególne przestrzenie działania) jest źródłem jakiejś nieokreślonej, mistycznej energii, przyciągającej znajdujące się na scenie postaci w niewytłumaczalny sposób. Co ważne, w Placu bohaterów pojawia się też drugie okno – znajdujące się dokładnie naprzeciwko widowni, na samym środku. Nabiera ono znaczenia dopiero w ostatniej scenie. W efemeryczny, właściwie już zanikający, indywidualny świat bohaterów (dom ma być lada chwila sprzedany, a rodzina rozjeżdża się w różne strony) wdziera się owo niedookreślone zagrożenie, sygnalizowane wcześniej groźnymi pomrukami. Szyba zostaje roztrzaskana, przestrzeń wypełnia się odgłosami tłumu. Spektakl kończy się wraz z zagładą prywatnego świata bohaterów, wraz ze stopieniem „własnego pokoju” z anonimową Większością.

 

Wspomniałam już o charakterystycznym dla spektakli Lupy wydzieleniu poszczególnych przestrzeni, tym razem jednak fakt, że jako widzowie jesteśmy oddzieleni od wykreowanego świata białą linią, jest szczególnie doniosły. Czy nie myślałeś nigdy, Czytelniku, że opadająca widownia teatralna posiada w sobie pewien potencjał ataku? Że stanowimy tak naprawdę ciążącą masę, wobec agresji której aktorzy byliby bezbronni? Z boku i z tyłu sceny bohaterów otaczają okna, przez które dociera hałas wytwarzany przez nieokreśloną (być może nieistniejącą, wyobrażoną czy wspomnieniową), agresywną ludzką masę, ale my też jesteśmy tłumem, a od rodziny Profesora oddziela nas jedynie cienka biała linia, tak łatwa do przekroczenia. Jasne, przyszliśmy do teatru. Jesteśmy spokojni, cywilizowani, wykształceni. Czy jednak możemy z czystym sumieniem postawić się po stronie tych, którzy nie chcą przemocy? Czy jest – w Krakowie, w Warszawie lub gdziekolwiek indziej – jakieś okno, za którym chowa się człowiek, który nie może czuć się bezpieczny, i to z mojego powodu? Czy w ogóle możemy z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że wyrzekliśmy się agresji?

 

Twórca zadaje pytanie, czy jest możliwa rzeczywistość, w której nie będziemy uważać istnienia Wroga za coś koniecznego. Sam Lupa twierdzi, że nienawiść nie jest nieodzowna, zrozumienie drugiego człowieka nie jest niemożliwe.

Na początku, freudowska pomyłka, napisałam „boję się” zamiast „bawię się”. Czy rzeczywiście się boję? Nie, chyba nie, nigdy nie bałam się tłumu. Nie identyfikuję się ani z tymi, którzy czują się zagrożeni, obserwując Marsz Niepodległości, ani z tymi, którzy obawiają się Parady Równości. Tego wieczoru też nie, gdy w grupie kilkudziesięciu osób machających identyfikatorami próbowaliśmy sobie zapewnić możliwość wejścia na oblegany spektakl. Nie ruszały mnie też chichoty wybuchające wśród publiczności, gdy brat Profesora obrzucał inwektywami premiera i prezydenta (choć ewidentnie nie był to komentarz dotyczący obecnej sytuacji w Polsce).

Lupa mówił w kontekście Placu bohaterów o faszystowskich demonach, które zostały przez wojnę ogłuszone, ale nie ubite. Właśnie ich krzyki miała słyszeć Wdowa. To są krzyki w potencjale, zagrożenie, które się nie zdefiniowało, nie przegrupowało, nie policzyło, ale w każdej chwili może to zrobić. Jak Camusowska dżuma, która może zostać okiełznana, ale nie unicestwiona.

 

Natalia Kamińska

Thomas Bernhard, Plac bohaterów

Reżyseria: Krystian Lupa

Scenografia: Krystian Lupa

Kostiumy: Piotr Skiba

Muzyka: Bogumił Misala

Reżyseria światła: Krystian Lupa

Projekcje wideo: Łukasz Twarkowski

Asystenci reżysera: Giedrė Kriaučionytė, Adam A. Zduńczyk

Manager projektu: Vidas Bizunevičius

Obsada:

Valentinas Masalskis
Viktorija Kuodytė
Eglė Mikulionytė
Arūnas Sakalauskas
Eglė Gabrėnaitė
Rasa Samuolytė
Toma Vaškevičiūtė
Doloresa Kazragytė
Vytautas Rumšas
Neringa Bulotaitė
Arūnas Smailys

tagi: | Wersja do druku | |

2 komentarzy do Natalia Kamińska: Poza linią

  1. dadazaza, 8 marca 2016 o 20:13

    Bardzo mi się podoba Natalio to co napisałaś.

    • Natalia Kamińska, 17 kwietnia 2016 o 23:03

      Bardzo dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

12 + 9 =