Nicoletta Nicowska: Patologiczne miłości lub gnijące mięso

18 grudnia 2011

O spektaklu Pelikan, czyli pożegnanie mięsa w reż. Natalii Korczakowskiej w Teatrze Współczesnym w Szczecinie.

Pelikan / materiały teatru

Rodzina może być patologiczną lub podstawową komórką społeczną, wzorem przyszłych, prawidłowych relacji z innymi, więzieniem, azylem, klątwą, szczęściem lub robakiem w jabłku. Niszczy lub buduje. Czy jesteśmy w stanie całkowicie kontrolować swoje uczucia w stosunkach rodzinnych? Czy możemy zepchnąć na bok wszystkie brudy i udawać, że normalnie żyjemy? Udawać tak, z tym że zepchnięcie nie oznacza pomyślnego zakończenia sprawy. W rodzinie wszyscy gramy jakieś role, przyjmujemy maski w zależności od pozycji. Tracimy kontrolę nad udawaniem a byciem prawdziwym. Nad pragnieniami, a wymaganiami.

Natalia Korczakowska dokonuje połączenia dwóch dzieł wybitnego szwedzkiego pisarza Johana Augusta Strindberga. Pierwszym z nich jest dramat  Pelikan, drugim autobiograficzna powieść Spowiedź szaleńca. Szuka odpowiedzi na pytania, kim jesteśmy w rodzinie, przedstawia trudności i zagrożenia, jakie się z tym wiążą.

Czy umieszczenie kamer nadaje spektaklowi intymność? Tak jakbyśmy byli rzeczywistymi uczestnikami podglądania ludzi w ich najbardziej osobistych sytuacjach? Czy kostiumy i oprawa muzyczna stanowią część sukcesu spektaklu? Na ścianie portret ojca, porozrzucane ubrania, mała, wręcz momentami klaustrofobiczna przestrzeń Malarni. Manekin świadczący o tym, że wszyscy chcemy być na kształt „czegoś”, wszyscy udajemy. Matkę, ojca, córkę, syna. Naprawdę dobrze przemyślane kostiumy, dopełniające wykreowane postaci. Umiera ojciec, głowa rodziny, ostoja siły, kwintesencja męskości. Trwa żałoba i wszyscy pogrążają się w smutku i rozpaczy. Próbują odnaleźć się w nowej, trudnej sytuacji. I jak to w ciężkich momentach bywa, każdy radzi sobie ( lub jak potem się okaże- nie radzi) na własny sposób.

Matka (Iwona Kowalska) poddaje się już na samym początku, jest słaba, nie daje sobie rady z otaczającą rzeczywistością. Wypiera negatywne emocje, ucieka w leki, przestaje pełnić rolę opiekunki stada, przewodniczki w życiu. Iwona Kowalska dobrze lawiruje między uczuciami, (często skrajnymi), jest bardzo wyrazista (za tę rolę otrzymała nagrodę Jury przyznawaną przez szczecińskich dziennikarzy kulturalnych w plebiscycie Bursztynowy Pierścień 2011).

Jej rola wraz z całą nieodpowiedzialnością  przekazana jest dzieciom. Mimo iż zdaję sobie sprawę, że w oryginalnym tekście Strindberga znajduje się postać Margaret (granej przez Ewę Sobiech), tak już nie rozumiem umieszczenia jej na scenie w taki sposób. Kochanka w męskim stroju, mało wyrazista, chwilami bardzo męcząca. Całość pogarsza pseudolesbijska scena (pierwotnie zapewne miała być pełna napięcia, a powodowała bardziej zgorszenie), która jest nieuzasadniona. Wystarczyło dodać więcej napięcia do tekstu.

Syn (Maciej Litkowski) podobnie jak matka – ucieka. W alkohol, w swój świat – chorych uczuć, uzależnienia od innych, lęku przed światem. Litkowski, mimo młodego wieku, jest bardzo plastycznym, świadomym siebie aktorem. Sam dźwiga ciężar spektaklu i najbardziej przykuwają uwagę. Gra całym sobą i czuć w tym swobodę i lekkość. Córka (Barbara Biel) lekko zmanierowana i znerwicowana, żyje w iluzji szczęśliwego małżeństwa. Rola Męża przypadła Michałowi Lewandowskiemu, który mimo krótkiego pobytu na scenie zapada w pamięć.

Elementy poboczne, takie jak scenografia, kostiumy i muzyka, są oczywiście bardzo ważne, ale w tym wypadku nie ratują spektaklu. Bo dalej jest coraz gorzej. Dom nawiedza duch ojca, panuje ogólny strach i przerażenie. Następnie zaczyna się maraton zbędnych i sztucznych histerii, tarzania się po ziemi, krzyków i nadmiernej emocjonalności. Nagość jest rzeczą  wskazaną, jeśli ma obedrzeć i obnażyć aktora. Jednakże w tym przypadku nie była . Nie trzeba było umieszczać Macieja Litkowskiego w stroju adama, nie trzeba było rozbierać do połowy Barbary Biel. Jaki był cel? Zaszokować? Zgorszyć? Nagość powinna być uzasadniona, tak naturalna, że widz praktycznie nie zwraca na nią uwagi. Tu była nadęta i sztuczna. Reżyserka spektaklu chyba zbyt dosłownie zrozumiała ekspresjonizm i naturalizm, bardzo charakterystyczny dla twórczości Strindberga. Potem kolejne tragedie: pożar, żale wylewane niczym wiadra pomyj, kłótnie, histerie. Czy da radę streścić dwa znakomite dzieła w 60 minut? Widz, który nie zna całości, ani nawet fragmentów ( a takich osób zapewne była większość) powinien wiedzieć o co tak naprawdę chodzi w trakcie oglądania. W tym wypadku możliwość interpretacji była utrudniona, panował chaos i motanie się z całością. Spektakl klaustrofobiczny (interpretacyjnie i przestrzennie) przez co bardziej męczący i duszący. Z minuty na minutę staje się prawdziwą udręką. Przed spektaklem specjalnie sięgnęłam po obydwa dzieła. Spektakl się z nimi minął. Jest tylko powierzchownym, bardzo prostym i mało kreatywnym odzwierciedleniem podstawowych problemów, bez sięgania głębiej.

Na koniec nasuwa się parę pytań. Czy nie warto było wgryźć się w Strindberga, poświęcić na to więcej czasu i wysiłku, ale przedstawić go w prawdziwy i pełny sposób? Teatr nie powinien zadowalać się półśrodkami. Powinien budzić uśpione uczucia i instynkty, nie tylko śmieszyć, albo co gorsza zadziwiać, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Miało być intymnie, wyszło przerażająco. A i wnioski końcowe, w oderwaniu już od samego spektaklu, też nie są optymistyczne. Wszyscy kogoś gramy, udajemy. Tak jak aktorzy, tkwimy w ciasnych gorsetach kostiumów. Czasem nie mamy siły lub też możliwości odrzucić rodzinnych stereotypów. Przykładnej córki, zajmującej się domem matki, życia w patriarchalnym modelu. I to jest bolesne, bo rodzina, jakakolwiek jest, powinna wyposażać młodego człowieka w narzędzia, ułatwiające dalsze dorosłe życie. A co jeśli nie będzie tak jak według średniowiecznych wierzeń i samica pelikana podczas głodu nie rozdziobie swojej piersi i nie będzie karmić młodych własną krwią? Czy przeżyjemy?

Nicoletta Nicowska

 

Pelikan, czyli pożegnanie mięsa, Teatr Współczesny w Szczecinie
na podstawie PelikanaSpowiedzi szaleńca Augusta Strindberga

Reżyseria: Natalia Korczakowska
Dramaturgia: Katarzyna Warnke
Scenografia: Kobas Laksa
Kostiumy: Marek Adamski
Obsada: Barbara Biel, Iwona Kowalska, Michał Lewandowski, Maciej Litkowski, Ewa Sobiech

Premiera: 26 lutego 2011 r. 

tagi: | Wersja do druku | |

Jeden komentarz do Nicoletta Nicowska: Patologiczne miłości lub gnijące mięso

  1. Elektron, 13 czerwca 2013 o 21:35

    Z całym szacunkiem, lecz ilu ludzi – tyle opinii.
    Ja całą duszą, jakkolwiek osobliwie to nie zabrzmi, byłam tam, byłam z nimi, byłam może obok, może zbyt blisko, może wręcz w środku. Doskonali aktorzy, zjawiskowi, fenomenalni, cudowni. Uważam, iż reżyserka po prostu ‚dała się ponieść’, poczuła i odnalazła artystyczne ujście żarzącym się w niej emocjom i proszę, spektakl, który dech w piersiach mi zaparł, choć trudno o nim mówić jako o zjawisku pięknym. Raczej intrygujący – w takich kategoriach go odczytuję.
    Jak wiele czasu by nie minęło – BRAWO, jestem wciąż pełna podziwu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − 10 =