Robert Mróz: Buntownicze wspomnienia

8 października 2010

„Wszystko co kocham” ma niepowtarzalny urok bezpretensjonalnej opowieści o czasach młodości.

(od lewej) Igor Obłoza („Diabeł”), Mateusz Banasiuk (Staszek), Mateusz Kościukiewicz (Janek), Jakub Gierszał (Kazik)„Połączmy nasz wysiłek
Zjednoczmy wszystkie siły
Ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie
Towarzyszu miły!”*

„Wszystko co kocham” jest filmem ważnym z dwóch powodów. Po pierwsze, pokazuje, że Polacy są w stanie zrobić film młodzieżowy, który potrafi uniknąć nieautentyczności wynikającej z kompletnego niezrozumienia ludzi młodych przez wiekowych twórców. Po drugie, by oddać specyfikę życia czasu stanu wojennego, nie potrzebuje uciekać się do patetycznych scen zbiorowych i przywoływać największych i najdonioślejszych wydarzeń tego okresu. Zamiast tego reżyser woli skupić się na kilku bohaterach, ich problemach i wyborach. Z korzyścią dla filmu.

Historia opowiadana w ostatnim dziele Jacka Borcucha jest banalna – osiemnastoletni Janek, mieszkający w małej mieścinie na Wybrzeżu, jest wokalistą kapeli punkrockowej, wokół której skupia się praktycznie całe jego życie. Chłopaki chcą dostać się na festiwal do Koszalina, zagrać na uroczystości zakończenia szkoły i tak dalej, i tym podobne . W międzyczasie Janek zakochuje się w koleżance ze szkoły, Basi, co zresztą nie przeszkadza mu patrzeć pożądliwie na starszą sąsiadkę. Brzmi jak opowieść o młodzieńczych pragnieniach, problemach, decyzjach i ich konsekwencjach, opowieść, którą widzieliśmy już w zbyt wielu odsłonach. Jednak „Wszystko co kocham” wyróżnia się zdecydowanie na tle innych tego typu produkcji. To, co najbardziej rzuca się w oczy, to świetne aktorstwo. Grający głównego bohatera Mateusz Kościukiewicz ma zadatki na kolejną filmową gwiazdę made in Poland. Choć na początku z niewiadomych powodów wygląda, jakby miał się zaraz rozpłakać, szybko przyzwyczajamy się do tej charakterystycznej formy ekspresji, a wtedy okazuje się, że gra młodego aktora jest w zasadzie bezbłędna. Miejmy tylko nadzieję, że nie postanowi rozmienić się na drobne grą w podrzędnych serialach. Na razie na szczęście nic tego nie zapowiada, czego dowodem choćby najnowszy film z jego udziałem, „Matka Teresa od kotów”. Także i reszta obsady prezentuje się znakomicie – poza sztuczną Olgą Frycz wszyscy młodzi wykonawcy wypadają doskonale autentycznie, a w przypadku osobistości takich jak Andrzej Chyra czy Anna Radwan przyzwyczailiśmy się już do najwyższego poziomu.

Drugim czynnikiem, czyniącym z „Wszystko co kocham” bardzo dobry film, jest precyzyjny scenariusz. Mimo że młodość pokazana w filmie jest generalnie bardzo ładna i raczej przyjemna, twórcy nie zapomnieli o umieszczeniu w opowieści dostatecznej liczby politycznych odniesień, by uwiarygodnić przekaz. Ojciec Janka jest żołnierzem, w domu często mówi się o planowanym wkroczeniu radzieckiej armii do Polski, a kilka bliskich bohaterom osób zostaje internowanych. Działania znienawidzonego Systemu dotyczą ich też w bardzo bezpośredni sposób: należy pamiętać o tym, że w tamtych czasach muzyka punkowa była jednym z podstawowych narzędzi kontestacji rzeczywistości, co skupiało na młodych twórcach baczną uwagę funkcjonariuszy aparatu sprawiedliwości. Problemy związane z przekazem, jaki proponuje zespół WCK (czyli właśnie Wszystko co kocham), również zostały tu uwzględnione. A jest to przekaz typowy dla „tego prawdziwego punka” – antysystemowy, nonkonformistyczny, bezpośredni, jednym słowem – młodzieńczy. Przy tym wszystkim nie odnosi się wrażenia przesytu, zbytniego nagromadzenia wątków.

W stosunku do filmu Borcucha podnoszono zarzuty, że jest zbyt cukierkowy, że idealizuje ówczesną rzeczywistość, a bohaterowie wcale nie są niegrzeczni tak, jak na punków przystało. Ale czy nie taka jest natura wspomnień? Reżyser nigdy nie ukrywał, że ten film to próba pokazania, jak on sam pamięta tamte czasy, a nie pieczołowita rekonstrukcja zdarzeń. Dzięki takiemu podejściu „Wszystko co kocham” zyskuje niepowtarzalny urok bezpretensjonalnej opowieści o czasach młodości, o dawno utraconej swobodzie, możliwej nawet pod czujnym okiem opresyjnej władzy. Nie pamiętam polskiego filmu, który z taką sympatią i wrażliwością portretowałby młodość wraz z całą paletą niepowtarzalnych doznań, jakie ona ze sobą niesie.

I zgryźliwy recenzent może się czepiać warstwy wizualnej – ujęciom brakuje trochę szaleństwa, nutki ekstrawagancji, wyglądają jak zdjęte według klasycznego hollywoodzkiego podręcznika (inna sprawa, że takiego z wyższej półki – gra kolorów robi pewne wrażenie, a fakt, że operator nie bał się przekolorowanych kadrów, raz utrzymanych w barwach bardziej jaskrawych niż naturalne, raz wpadających niemal w sepię, wydatnie przyczynia się do podkreślenia wspomnieniowego, delikatnie zniekształcającego rzeczywistość charakteru dzieła). I może narzekać, że w filmie o punkach mało punkrockowej muzyki – ot, jeden kawałek Dezertera i dwa, może trzy WC. Nawet on nie zaprzeczy jednak, że „Wszystko co kocham” ogląda się po prostu świetnie. I kropka.

„Nie myślę tak jak wy, jestem inny niż wy
Nic mnie nie obchodzą wasze myśli i sny
Szara rzeczywistość, wasza rzeczywistość
Nie obchodzi mnie, odczepcie się!”

Oscarowe post scriptum

Film Jacka Borcucha został polskim kandydatem do Oscara, co jakoś specjalnie nie dziwi, biorąc pod uwagę słabość konkurencji. Zeszłosezonowa mizeria polskich produkcji nie oznacza jednak, że „Wszystko co kocham” wybrano z tzw. braku laku, na co argumenty przytoczono wyżej. Mimo że artystycznie „Rewers” był niewątpliwie lepszym filmem, to paradoksalnie właśnie tegoroczny wybór wydaje mi się słuszniejszy. Dzieło Lankosza było bowiem dużo mocniej osadzone w specyficznej, polskiej historii (pomijam już tutaj fakt, że uznanie tego filmu za przede wszystkim historyczny to absolutnie fatalna pomyłka), a do tego ładunek postmodernizmu w nim zawarty był zbyt duży jak na konserwatywne gusta Akademii. Natomiast opowieść o młodych punkach z Wybrzeża nie stara się ukrywać swojej uniwersalnej wymowy pod kostiumem niezbyt realistycznej czarnej komedii. Z tego względu powinno dużo łatwiej poradzić sobie na amerykańskiej ziemi, czego dowodem entuzjastyczne przyjęcie na prestiżowym festiwalu w Sundance. Ważnym elementem jest również poczucie, które towarzyszy widzowi w trakcie seansu – że taka historia mogła wydarzyć się naprawdę, ba! że pewnie się wydarzyła! Dlaczego to takie istotne? Popatrzmy na listę laureatów z ostatnich lat w kategorii Film nieanglojęzyczny: 2006 – „Tsotsi”, historia oparta na faktach; 2007 – „Życie na podsłuchu”, historia oparta na faktach; 2008 – „Fałszerze”, historia oparta na faktach. Właśnie, panowie akademicy bardzo lubią takie historie – i nawet jeśli „Wszystko co kocham” nie może pochwalić się taką etykietką, to bliskość rzeczywistości – nawet przefiltrowanej przez pamięć twórców – z pewnością jest okolicznością dla filmu korzystną.

Wszelkie tego typu rozważania są oczywiście tylko dywagacjami, niemniej jednak wydaje się, że tym razem wybór kandydata do Oscara został gruntownie przemyślany i przy jego podejmowaniu wzięto pod uwagę nie tylko gusta polskiego środowiska filmowego i rodzimej publiczności, ale również preferencje jury. Inna sprawa, że Akademia uwielbia zaskakiwać, częściej niestety wywołując konsternację niż aprobatę obserwatorów. Tym niemniej dla polskiej kinematografii dobrze by było, gdyby w końcu nominację dla polskiego filmu dostał ktoś inny niż Andrzej Wajda.

„Która droga słuszna według prawa i porządku
Doprowadzi mnie do szczęścia i zaszczytnych obowiązków?
Spytaj milicjanta, on ci prawdę powie!
Spytaj milicjanta, on ci wskaże drogę!
On ci wskaże drogę!”

*W tekście wykorzystano fragmenty utworów Dezertera: „Ku przyszłości”, „Szara rzeczywistość” i „Spytaj milicjanta”.

„Wszystko co kocham”

Reżyseria: Jacek Borcuch
Występują: Mateusz Kościukiewicz, Olga Frycz, Andrzej Chyra, Katarzyna Herman, Jakub Gierszał, Mateusz Banasiuk i inni
Scenariusz: Jacek Borcuch
Zdjęcia: Michał Englert
Muzyka: Daniel Bloom
Produkcja: Polska
Dystrybucja: ITI Cinema

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eight + twelve =