Robert Mróz: Cudów nie ma

16 maja 2013

O spektaklu Cudotwórca w reż. Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

Cudotwórca

Cudotwórca

Opowiadanie jednej historii z wielu perspektyw w taki sposób, by zmusić odbiorcę do samodzielnego rozwikłania zagadki, to chwyt stary i sprawdzony. Bodaj najpełniejszą realizację znalazł on w dziełach takich jak Rashômon Akiry Kurosawy czy Kiedy umieram Williama Faulknera, a teraz tę samą ścieżkę, podążając śladami irlandzkiego autora Cudotwórcy, Briana Friela, obrał reżyser warszawskiej adaptacji Wawrzyniec Kostrzewski.

Friela z Faulknerem łączy jeszcze co najmniej jedna rzecz – tak jak Amerykanin, Irlandczyk osadza akcję swoich tekstów w mitycznej krainie, zamieniając spalone słońcem hrabstwo Yoknapatawpha w stanie Tennessee na znajdującą się gdzieś na zamglonych, wilgotnych krańcach Irlandii Północnej krainę Ballybeg. Jest to miejsce z gatunku tych, w których wszystko może się wydarzyć, choć raczej nie należy się spodziewać, że będzie to coś dobrego. Nie można też oczekiwać, że łatwo przyjdzie nam zrozumieć, co właściwie zaszło.

Taki właśnie – wieloznaczny – jest punkt wyjścia Cudotwórcy; z monologu tytułowego bohatera (o imieniu Frank) dowiadujemy się o jego nadprzyrodzonych zdolnościach, o cudownych uzdrowieniach, jakie za jego sprawą stały się faktem, ale także o poważnych problemach finansowych, trudnych relacjach z dwójką towarzyszących mu osób i z rodzicami, których przez długie lata nie odwiedzał oraz o tym, że za kołnierz, eufemistycznie mówiąc, nie wylewał. Wypowiedź jego żony, Grace, rzuca na te kwestie inne światło – Frank nie tyle nie wylewał za kołnierz, co był po prostu niebezpiecznym alkoholikiem, który rzeczywiście fascynował niewytłumaczalnymi czynami, jakich dokonywał od czasu do czasu w sposób, którego najwyraźniej nie kontrolował. Był też jednak w stanie znęcać się psychicznie nad wszystkimi, których spotkał, a do tego miał niezdrową skłonność do ubarwiania swego życiorysu, w najbardziej kłopotliwych sprawach nie cofając się przed ordynarnym kłamstwem, byle tylko uwolnić się od przygnębiających myśli. Jeszcze inną perspektywę roztacza przed nami impresario Cudotwórcy, Teddy, klasyczny stańczykowski błazen – niepoprawny figlarz, ale równocześnie uważny obserwator rzeczywistości, zdający się wiedzieć o świecie więcej niż wszyscy inni. Jego wersja sytuuje się gdzieś pomiędzy raczej pozytywnym, acz niepozbawionym goryczy spojrzeniem Franka, a pełną złości i rozpaczy relacją Grace.

Kostrzewski myli tropy, zapraszając nas do detektywistycznej zabawy w odgadywanie, czyj opis najbardziej zbliża się do prawdy, nie zapominając o zarysowaniu, niby mimochodem, ale całkiem starannie, mapy zapomnianych irlandzkich wiosek, opuszczonych kościołów oraz czekających na cud prostych ludzi. Oczywiście każda dobrze zaprojektowana łamigłówka tego typu nie ma jednego poprawnego rozwiązania. Problem w tym, że twórcy nie potrafili zachować niezbędnej równowagi w przedstawianiu racji – Frank jest jedyną postacią z krwi i kości, mającą zarówno zalety, jak i wady (tych zdecydowanie więcej), podczas gdy Grace i Teddy są tylko komentatorami, postaciami być może nie stuprocentowo wiarygodnymi, ale zasadniczo pozbawionymi większych skaz, przez co łatwiej jest zapałać do nich sympatią, a w konsekwencji – uwierzyć w to, co mówią przeciw Frankowi. Ten brak równowagi przeszkadza widzowi we wcieleniu się w prawdziwego detektywa, trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że odpowiedź jest trochę zbyt oczywista. Co prawda kilkakrotnie podsuwana jest nam sugestia, że nikt i nic nie jest realne (np. Grace i Teddy przez pierwsze minuty spektaklu snują się z tyłu sceny niczym duchy), że być może wszystko, co widzimy, jest tylko projekcją, wymysłem (głosem zza grobu?), jednak te wątpliwości nie zmniejszają w zasadniczy sposób poczucia wspomnianej wyżej nierównowagi.

Może jednak, koniec końców, chodziło o coś innego? Może monolog Teddy’ego, w którym opisuje on swoje doświadczenia z artystami (oraz „artystami”) wszelkiej maści, w którym opowiada o ich niezwykłych uzdolnieniach oraz całkowitym braku praktycznych, przydatnych w codziennym życiu umiejętności, wskazuje na inne odczytanie sztuki? Może jest to, w gruncie rzeczy opowieść o wiecznej tułaczce każdego wybitnego artysty, trochę nierozumianego geniusza, a trochę szarlatana? Nawet jeśli tak zrozumiemy Cudotwórcę, nawet jeśli dzięki temu będziemy mogli przejść do porządku dziennego nad wskazanymi wyżej problemami, to okaże się, że twórcy spektaklu nie mają w tej dziedzinie nic odkrywczego do powiedzenia. Temat nieprzystosowania artysty do społeczeństwa i konfliktu talentu z wymogami codzienności został już przerobiony na wszelkie możliwe sposoby i wymaga nie lada umiejętności pokazanie go w zajmujący sposób. Niestety, widocznie tych umiejętności zespołowi Teatru Dramatycznego nieco zabrakło.

Mówienie w tym kontekście o całym zespole byłoby jednak wielką niesprawiedliwością, jako że aktorzy dają z siebie wszystko i grają popisowo. Szczególnie wyróżnia się, co oczywiście nie dziwi, Adam Ferency w roli tytułowej, nie pierwszy raz wcielający się w postać szalenie inteligentną, ale zmęczoną i pokonaną przez życie. Błyskawiczne przejścia od spokojnych wypowiedzi do egzaltowanych okrzyków i od rzeczowych wywodów do żarliwych tyrad, robią za każdym razem tak samo wielkie wrażenie. Marta Król i Andrzej Blumenfeld, choć ich postaci nie są tak rozbudowane, również nie mają większych trudności z nasyceniem ich emocjami i sprawieniem, że oglądanie Cudotwórcy może, mimo wszystko, sprawiać pewną przyjemność.

Tym większa szkoda, że pozostałe osoby odpowiedzialne za tę inscenizację nie dotrzymały kroku obsadzie.

Robert Mróz

Brian Friel, Cudotwórca

Przekład: Elżbieta Jasińska

Reżyseria: Wawrzyniec Kostrzewski

Scenografia i kostiumy: Marta Dąbrowska-Okrasko

Muzyka: Piotr Łabonarski

Występują: Adam Ferency, Marta Król, Andrzej Blumenfeld

Premiera: 22.03.2013r., Teatr Dramatyczny w Warszawie

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × five =