Robert Mróz: Ślubowanie przez telefon

17 października 2010

Fredro po latach nadal śmieszy, ale jest to zaleta samego tekstu, a nie zabiegów twórców filmu

Scena z filmuKtóż z nas nie zna twórczości Aleksandra hrabiego Fredry? „Zemsty” czy „Ślubów panieńskich”? W przypadku dzieł tak znaczących, na stałe wpisanych do kanonu „lektur obowiązkowych”, istnieją w zasadzie tylko dwie drogi, którymi mogą podążyć twórcy ekranizacji. Pierwsza, obrana przez Andrzeja Wajdę przy realizacji „Zemsty”, polegająca na wiernym trzymaniu się realiów epoki oraz ograniczeniu interwencji w strukturę dramatu, wydaje się wyjściem prostym i bezpiecznym. Wymaga jednak niemałej zręczności, bowiem brak dystansu do pierwowzoru i niewolnicze trzymanie się litery tekstu powoduje, że archaiczne dzieło w „nowej” interpretacji staje się dla współczesnego widza obce i męczące. Druga metoda – uaktualnienie dzieła np. poprzez całkowitą zmianę realiów na współczesne – jest chyba jeszcze bardziej karkołomna. Łatwo wtedy ulec pokusie pogoni za atrakcyjną formą, zapominając równocześnie o sednie adaptowanego tekstu. Przekonał nas o tym m.in. „Hamlet” z 2000 roku w reżyserii Michaela Almereydy, w którym to filmie książę Danii był postacią zaskakująco jednowymiarową. Z drugiej strony, w przypadku powodzenia takiego ryzykownego przedsięwzięcia, sukces może być rzeczywiście spektakularny, jak w przypadku „Romea i Julii” Baza Luhrmanna, filmu kontrowersyjnego, ale przez samo to interesującego.

Reżyser „Ślubów panieńskich”, Filip Bajon, usilnie próbuje przekonać widza o tym, że istnieje złoty środek pomiędzy dwoma skrajnościami. I ponosi porażkę.

W trakcie seansu szybko okazuje się, że twórcy mieli tylko jeden pomysł na własny wkład w dzieło Fredry – poza samą akcją dramatu prezentują nam plan filmowy, gdzie postacie na powrót stają się aktorami, rozmawiają przez telefony komórkowe i jeżdżą samochodami, nadal jednak prezentując się w strojach swoich postaci i przemawiając językiem łączącym w sobie elementy Fredrowskiego wiersza i mowy współczesnej. Świetnie – uwspółcześnienie na całego, ale bez utraty kontaktu z pierwowzorem. Tylko co z tego wynika, jakich nowych znaczeń takie zabiegi przydają tekstowi? Otóż… żadnych. Czy w całej tej komplikacji chodzi o podkreślenie charakteru relacji między bohaterami poprzez wyeksponowanie elementu „gry”, jaką jest u Fredry wojna płci? Być może, ale jest to wskazówka niepotrzebna – knowania Gustawa czy Klary mówią same za siebie, więc w ten sposób twórcy powtarzają tylko to, co i tak jest w sztuce wyraźnie widoczne. Okazuje się tym samym, że mamy do czynienia z nowoczesnością dla samej nowoczesności, czyli z działaniem jałowym i artystycznie bezwartościowym. Co prawda w samej końcówce pojawia się, wygłoszony przez Roberta Więckiewicza, fragment z innego, nienadającego się do ekranizacji utworu Fredry, ale jest to tylko błyskotka, kwiatek do kożucha prowokujący uśmiech na twarzy widza i nic więcej.

Jest jednak w „Ślubach panieńskich” coś, co chroni ten film od klęski, a tym czymś jest gra aktorska. Maciej Stuhr w roli Gustawa jest brawurowo nonszalancki, doskonale oddając lekceważący stosunek bohatera do uroków wiejskiego życia, a obsadzenie go wbrew sympatycznemu emploi pozwala aktorowi zaprezentować pełną gamę umiejętności. Borys Szyc, czyli człowiek, który potrafi zagrać chyba wszystko, w roli Albina szarżuje nieprzeciętnie, balansując na cienkiej granicy pomiędzy pastiszem a wygłupem, nigdy jej jednak nie przekraczając. Triumwiratu męskich bohaterów dopełnia Radost. W kreacji Roberta Więckiewicza staje się on postacią intrygującą i enigmatyczną, której zamiary nigdy nie są do końca jasne, co pozwala na wpuszczenie odrobiny świeżego powietrza w archaiczną konstrukcję dramatyczną. W tej chwili raduje się szowinistyczna dusza recenzenta, albowiem z pełną odpowiedzialnością może on zakrzyknąć „Panowie górą!”. Tak się bowiem składa, że występujące w filmie panie nie są w stanie dotrzymać kroku mężczyznom, a przynajmniej nie w pierwszych fragmentach opowieści. Gra Marty Żmudy Trzebiatowskiej (także interesująco obsadzonej, wbrew serialowemu wizerunkowi, w roli intrygantki Klary) i Anny Cieślak sprawia początkowo wrażenie, jakby czuły się one skrępowane przez teatralną, nadekspresyjną konwencję, i dopiero po pewnym czasie zdobywają się na odpowiedni dystans do odgrywanych bohaterek. Szczególnie tyczy się to Trzebiatowskiej, która pod koniec filmu ewidentnie bawi się rolą i właśnie wtedy prezentuje się najlepiej.

Wysokiej klasy wrażenia estetyczne zapewniają stylowe kostiumy (ach, te szarawary Marty Żmudy Trzebiatowskiej! Ach, ten jej kapelusz!) i pocztówkowe widoczki, a dzięki eleganckim kreacjom aktorskim obcowanie z rytmicznym, bogatym językiem Fredry daje prawdziwą przyjemność. Trzeba przyznać, że kontakt z żywiołowo recytowaną klasyczną polszczyzną jest wyjątkowo miłym przeżyciem. Szkoda tylko, że jedynym nośnikiem artystycznej wartości jest w utworze Bajona niemal dwustuletni tekst, a to, co w „Ślubach panieńskich” A.D. 2010 miało stanowić oryginalną wartość, okazuje się tylko cyrkową sztuczką bez większej wartości.

Robert Mróz

„Śluby panieńskie”

Reżyseria: Filip Bajon
Scenariusz: Filip Bajon
Występują: Maciej Stuhr, Marta Żmuda Trzebiatowska, Robert Więckiewicz, Anna Cieślak, Borys Szyc, Edyta Olszówka i inni
Zdjęcia: Witold Stok
Muzyka: Michał Lorenc
Produkcja: Polska
Dystrybucja: Kino Świat

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × three =