Ryszard Abraham: AHOJ

25 grudnia 2015

Rozmowa z MARCINEM JANUSZKIEWICZEM, aktorem Teatru Studio w Warszawie

fot.Tomasz Grzegrzółka

fot.Tomasz Grzegrzółka

Ryszard Abraham: Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, byłeś aktorem Teatru Współczesnego i grałeś w Gran Opericie, Moralności pani Dulskiej Hamlecie. Co Cię skłoniło do tego, żeby opuścić teatr przy Mokotowskiej i przenieść się na Plac Defilad do Teatru Studio?

Marcin Januszkiewicz: Zaskoczę cię. (śmiech)…. Agnieszka Glińska. Dostała ona propozycję objęcia funkcji dyrektora artystycznego Teatru Studio i zaproponowała mi angaż. W ten sposób spełniło się moje marzenie, bo zawsze chciałem należeć do jej zespołu. Myślę, że gdyby Agnieszka robiła teatr na Kamczatce, też bym się nie zawahał za nią pojechać.

U Agnieszki Glińskiej zagrałeś najwięcej ról. Zaczęło się od Alfreda w Opowieściach Lasku Wiedeńskiego i dróżnika w Sądzie Ostatecznym Ödöna von Horvátha. Potem był Zbyszek w Moralności pani Dulskiej Gabrieli Zapolskiej, Parcha w Dwóch Rumunach mówiących po polsku i przedstawiciel firmy Bachorołap w Jak zostałam wiedźmą Doroty Masłowskiej. Co wyróżnia Glińską na tle innych reżyserów, z którymi pracowałeś?

Niespotykana w tym zawodzie organizacja pracy i przygotowanie do realizacji przedstawienia. Agnieszka ma dokładnie obmyślany projekt spektaklu, którego reżyserii się podejmuje. Z dużą precyzją i konsekwencją zmierza do celu. Jej zaufanie i szacunek do współpracowników powoduje, że jesteśmy w stanie w niedługim czasie, niejednokrotnie przed przewidzianym terminem, przedstawić efekt swej pracy w postaci spektaklu. Na próbach generalnych wszystko jest już zapięte na przysłowiowy ostatni guzik.

Również z Glińską, w krakowskiej PWST, współtworzyłeś spektakl dyplomowy studentów wydziału aktorskiego pt. The Blue Room Davida Hare’a. Na czym polegała Twoja funkcja konsultanta muzycznego przy tym przedstawieniu?

To za dużo powiedziane, że „współtworzyłem” spektakl. Bardziej odpowiednim określeniem byłaby „pomoc”. Udzieliłem konsultacji muzycznych i przygotowałem aranże do dwóch utworów wykorzystanych w tym przedstawieniu.

Najciekawszą Twoją rolą, moim zdaniem, jest Edgar Linton w Wichrowych wzgórzach w reżyserii Kuby Kowalskiego. Spektakl ten przybiera kształt niekończącej się zabawy, która pod pozorem dziecięcej naiwności kryje w sobie destrukcyjne siły ludzkiej natury. Sekwencje powtarzających się działań, schematów postępowania, podejmowanych decyzji i popełnianych błędów tworzą obraz błędnego koła, w którym dominującą rolę odgrywają: miłość, nienawiść, żądza zemsty, zazdrość. Czy masz w swoim  dorobku rolę, którą darzysz szczególną estymą?

Intuicja mi podpowiada, że rolą, do której najczęściej wracam myślami, która mnie emocjonalnie i fizycznie kosztuje najwięcej, zarazem jest dla mnie najtrudniejsza i najbardziej wymagająca, to Parcha z Rumunów.

Natomiast mam jednak pewien kłopot z przedstawieniem Czarnobylska modlitwa Swietłany Aleksijewicz, który wyreżyserowała Joanna Szczepkowska…

Joasia Szczepkowska miała ciekawy pomysł na zrobienie przedstawienia na podstawie reportaży tegorocznej noblistki. Niestety w konwencję spektaklu wkradł się pewien feler, bałagan i niespójność. Choć podkreślam, że pierwotny zamysł był interesujący. Nie zmienia to faktu, że „nie skleiło się” to na scenie i wyszedł misz-masz, który do niczego nie doprowadził. Bywa….  Mam cię przepraszać, zwrócić za bilet? (śmiech)

Nie trzeba! Nie widziałem jeszcze Zorro w reżyserii Tomasza Dudkiewicza w Teatrze Komedia…

I już nie zobaczysz, bo niedawno miało miejsce pożegnanie z tytułem.

W Teatrze Polskiego Radia zagrałeś w Przyszli za późno, czyli w samą porę Wacława Oszajcy, Cudzie mniemanym czyli Krakowiakach i Góralach Wojciecha Bogusławskiego, Burmistrzu Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk i Exodusie Tomasza Mana. Jak gra się w radiu? Też są próby stolikowe, analizy tekstu, długi czas przygotowań zanim siądzie się przed mikrofonem?

Nie mam aż tak dużego doświadczenia w tej materii, żeby się wymądrzać. Nie lubię tych określeń, ale lepszych nie znajduję: w radiu gra się sprawnie i szybko. Tylko raz zdarzyło mi się przed nagraniem spotkać z reżyserem i porozmawiać na temat mojej postaci. Było to przy okazji Exodusu.

Jesteś aktorem od pięciu lat. Twoja koleżanka z Teatru Studio – Irena Jun – tak wspominała Remigiuszowi Grzeli swoje pierwsze lata na scenie: (…) Wciąż jeszcze byłam nieśmiała. I choć to, co powiem, stawia mnie w fatalnym świetle, musiałam wypić pięćdziesiątkę wódki, żeby zacząć grać. Teraz bym się zapewne przewróciła na scenie. Ale naprawdę była we mnie bariera nie do pokonania innymi sposobami. Miewasz jeszcze tremę? Jak sobie z nią radzisz?

Oczywiście miewam tremę, ale czuję się już zawodowo dojrzalszy. Kiedy byłem tuż po szkole, miałem problem z tym, żeby mówić o sobie „aktor”. Jakoś nie mogło mi to słowo przejść przez gardło. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało bałwochwalczo, ale dzisiaj po kilku zagranych rolach, myślę, że mam do tego prawo. Czuję się już pewniej w zawodzie. Trema jest czymś naturalnym. Nauczyłem się „tremować”. Poszedłem na terapię i w czasie jej trwania wyszło, że ja „fałszywie się nie tremuję”. Mówiąc zrozumiałym językiem, kumuluję stres w swoim organizmie, udając przed samym sobą i otoczeniem, że wszystko jest w porządku. Skutkiem mojego nieświadomego jeszcze wtedy działania były różnego rodzaju choroby przed- i po premierowe. Moje ciało negatywnie reagowało na nadmiar ukrytych emocji i blokowanie stresu, czego wynikiem były kontuzje i urazy. Konkluzja z tego taka, że mam tremę, okazuję ją, daję jej ujście, żeby być zdrowym – dosłownie.

Z Natalią Sikorą śpiewasz recital, na który składają się utwory Hendrixa, Jopin, Niemena, Osieckiej, Norwida i Wasze autorskie piosenki. Jak kształtował się repertuar tego koncertu?

Na początku nie przypuszczaliśmy, że dojdzie do wielokrotnego powtórzenia tego koncertu. To miała być jednorazowa akcja. Na repertuar złożyły się nasze ulubione utwory.

Skoro jesteśmy przy muzyce, chciałbym zapytać jak doszło do Twojej współpracy z Piotrem Rubikiem, której wieńczeniem jest album Pieśni szczęścia?

Zadzwonił do mnie Piotr Rubik. Umówiliśmy się na spotkanie, na którym powiedział wprost, że ma dla mnie propozycję współpracy. To mi u niego imponuje, że on jest tak fantastycznie zawodowo poukładany i wie, czego chce. Nie ukrywam, że bardzo długo się zastanawiałem i konsultowałem z przyjaciółmi, czy podjąć się udziału w jego projekcie. W końcu stwierdziłem, że koncert Pieśni szczęścia to nie jest oratorium, a piosenki przeze mnie w nim wykonywane mówią w bardzo prosty, ale w szczery sposób, o miłości. A o niej zawsze warto mówić – w tym przypadku śpiewać. Traktuję to spotkanie z Piotrem w kategoriach ciekawego doświadczenia muzycznego, dzięki któremu zdobyłem niebywały hart muzyczny.

Natomiast z Marcinem Majerczykiem wydaliście EP-kę Ahoj. Teksty na tej płycie są Twojego autorstwa. Czy ten projekt jest zapowiedzią solowej płyty?

Planujemy wydać cały materiał, nad którym pracujemy, szukamy ku temu sposobności.

Jeżeli dobrze policzyłem to dotychczas zdobyłeś 13 nagród muzycznych i teatralnych. Takie wyróżnienia pomagają czy przeszkadzają w realizacji kolejnych projektów?

Naprawdę policzyłeś? Ja nawet nie wiem ile dostałem… Wracając do pytania: trudno powiedzieć czy pomagają, bo EP-kę wydaliśmy w celach promocyjnych własnym sumptem, a płyta solowa jeszcze się nie ukazała (śmiech). Ale jedno jest pewne, nagrody budują poczucie własnej wartości. I pozwalają na spłacenie długów.

Bardzo skromnie przedstawia się Twoja filmografia. Oprócz spektaklu telewizyjnego Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku, pojawiłeś się w jednym odcinku serialu Na dobre i na złe oraz w filmie Klamra. W przedsionku śmierci. Dlaczego tak sporadycznie można Cię zobaczyć na ekranie?

To chyba jeszcze nie jest mój czas. Oczywiście zdarza mi się brać udział w castingach i zdjęciach próbnych. Niedawno dołączyłem na chwilę do obsady serialu Na Wspólnej i zagrałem małą rólkę w filmie Agnieszki Glińskiej pt. #Wszystko gra – premiera na Walentynki.

Z duszą na ramieniu, mając świadomość, że temat rezygnacji Agnieszki Glińskiej z funkcji dyrektorki artystycznej Teatru Studio jest wałkowany” przez środowisko teatralne, chciałbym nawiązać do tej sprawy. Z punktu widza Twojego teatru, nie powiem chyba nic oryginalnego, jeśli stwierdzę, że za jej dyrekcji scena ta przeżyła swój renesans. Skutki jej nieobecności już są widoczne i działają na niekorzyść placówki. Najmniej w teatrze repertuarowym obchodzą mnie jego działania poboczne: sjesty muzyczne, zabawy dla dzieci, lekcje teatralne, transmisje oper, czytania performatywne, panele dyskusyjne, galerie, pracownie naukowe, imprezy dla nadzianych pracowników korporacji. Te wydarzenia w równej mierze mogą się odbywać w innych miejscach, niż teatr w samym centrum Warszawy. Natomiast chcę w teatrze premier na wysokim poziomie artystycznym co kilka miesięcy i zgranego zespołu aktorskiego. Tyle. I aż tyle. Czy żądam zbyt wiele?

Wrócę do pierwszego pytania jakie mi zadałeś. Powiedziałem, że przyszedłem do tego teatru dla Agnieszki Glińskiej. Myślę (i nie tylko ja, ale również rzesze widzów), że Agnieszka uformowała tę scenę na nowo. I trzeba pamiętać, że to ludzie tworzą miejsca, nigdy odwrotnie. Działania poboczne są jak najbardziej istotne, ale nie mogą one przesłonić podstawowej wartości jaką jest w tym przypadku sztuka teatralna.

Jak widzisz przyszłość zespołu Teatru Studio bez Glińskiej?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo wciąż jesteśmy mentalnie z Agnieszką związani. Z całej tej draki dowiedziałem się dwóch istotnych rzeczy. Po pierwsze, zobaczyłem jak działa struktura teatru w Polsce. Po drugie, doceniłem wartość zespołu. Co tu dużo mówić,  ludzi o bardzo różnych temperamentach, którzy – jeżeli chodzi o teatr – wspólnie myślą, mówią i odczuwają.

A jakie ma plany zawodowe Marcin Januszkiewicz na 2016 rok?

Właśnie w tym tygodniu rozstrzyga się kilka kwestii. Może czeka mnie mariaż z telewizją?

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję i Wesołych Świąt.

                                                                                               Rozmawiał: Ryszard Abraham

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 + three =