Ryszard Abraham: Listy śpiewające i nie tylko…

9 lutego 2014

Rozmowa z wybitnym kompozytorem ADAMEM SŁAWIŃSKIM

Ryszard Abraham: Napisał Pan we wstępie do swojej płyty: „Pomysły muzyczne, zwłaszcza wytykaną mi „nutę polską” wyniosłem z rodzinnego domu. Dużo się tam śpiewało, a ojciec pięknie grał na skrzypach.” Czy atmosfera rodzinnego domu spowodowała, że zamarzył Pan o zajęciu się zawodowo muzyką?

fot. Ireneusz Sobieszczuk

fot. Ireneusz Sobieszczuk

Adam Sławiński: Zdecydowanie tak. Mama śpiewała, także dziadek Wisławski i ciotki, ojciec – rybak, rolnik i myśliwy – był skrzypkiem i to dobrym. Według opowieści matki, tata szczęśliwy z powodu moich narodzin, pewnego zimowego dnia umocował wózek ze mną na sankach, zaprzągł konia i udał się na przejażdżkę do naszego lasu przygrywając mi na skrzypcach. Nie pamiętam tego oczywiście. Pamiętam natomiast liczne melodie, które grał i szlachetne brzmienie instrumentu. Po wojnie ojciec kupił od emigrującego z Szamocina niemieckiego pastora piękne pianino firmy Wolkenhauer. Przywieziono je do naszej Leśniczówki częściowo rozmontowane, a ja od  razu zacząłem grać na strunach muzykę „eksperymentalną”. Potem zacząłem improwizować na klawiszach czarnych, następnie na białych, wreszcie na wszystkich. Ojciec potraktował moje zainteresowanie serio i posłał mnie wraz z  bratem na prywatne lekcje do pana Stefana Musiała, który był  najlepszym chyba muzykiem w Szamocinie – znakomicie grał na fortepianie (m.in. Preludia Chopina), skomponował też Pieśń młodzieży pilskiej. Po paru lekcjach pedagog zapytany przez rodzica o postępy w nauce powiedział: „Panie Sławiński, spójrzmy prawdzie w oczy, nic z nich nie będzie. Niech pan lepiej pośle chłopaków do szewca albo krawca, może tam sobie poradzą.” Zdenerwowany ojciec zamknął pianino na klucz, który schował w bieliźniarce. Widziałem gdzie chowa i pod jego nieobecność ćwiczyłem. Brat natomiast się zniechęcił. Kiedy po paru dniach zagrałem ognistego krakowiaka, ojciec zmiękł i pozwolił na dalszą edukację. W latach szkolnych i w całym okresie licealnym pobierałem lekcje u Jadwigi Pietrzykowskiej, starszej mojej kuzynki, dyplomantki bydgoskiego konserwatorium w zakresie fortepianu i śpiewu. Mimo obiecującego debiutu, publicznych koncertów, także w radiu, „ciocia Jadzia”, jak ją zwaliśmy,  po wyjściu za mąż  przeniosła się z rodzinnego Nakła do Chodzieży i poświeciła pedagogice muzycznej. To ona nauczyła mnie grać na fortepianie. Dzięki niej zacząłem smakować klasykę fortepianową. Niekiedy akompaniowałem jej, gdy śpiewała na imprezach. Poznałem w ten sposób nieco arii i  pieśni romantycznych. Rad jestem z ówczesnych moich postępów, lecz żałuję jednej rzeczy – nie posiadłem umiejętności gry na skrzypcach, a bardzo by mi to pomogło w komponowaniu.

Dorastał Pan w małym miasteczku. Jak wyglądało życie kulturalne w latach 40 – tych i 50 – tych XX wieku w mieście liczącym niecałe 4 tysiące mieszkańców? Czy młody człowiek miał szansę rozwijać swoje zainteresowania muzyczne żyjąc na prowincji?

Szamocin był i jest muzykalny. W miasteczku istniała orkiestra amatorska i ojciec w niej grywał.  Chodziłem z nim na próby nosząc futerał ze skrzypcami zdobny złotym napisem „Stradivarius”. Byłem bardzo dumny z tego, że jestem asystentem swojego ojca.

Pamiętam majówkę na jednej z polan naszego lasu, w czasie której do tańca grała orkiestra dęta. Zespół ten uświetniał także uroczystości państwowe i religijne. Działał chór prowadzony przez organistę Antoniego Gruntkowskiego. Był to muzyk o szerokich horyzontach – grywał muzykę polifoniczną, fugi Bacha. Pożyczałem od niego nuty, wśród nich wyciągi fortepianowe symfonii Beethovena. W ten sposób je poznałem, a dopiero później usłyszałem w radiu i na koncertach w Warszawie. Bywało, że akompaniowałem chórowi, bo kiedy pan Gruntkowski zmarł, grałem na organach zachęcony przez księdza Stanisława Fołczyńskiego. Wyspecjalizowałem się w graniu sakralnym, co wzbogaciło moją wyobraźnię o inne brzmienia i cały skarbiec melodii. To jednak było moje życie świąteczne. W dni powszednie byłem uczniem chodzieskiego liceum, mieszkańcem internatu, gdzie akompaniowałem na pianinie kolegom do pieśni zgoła odmiennych. Dzień kończyliśmy zazwyczaj hymnem „Naprzód młodzieży świata” Anatolija Nowikowa. Znałem też nieomal cały repertuar pieśni „masowych” Gradsteina, Olearczyka, Szpilmana i oczywiście śpiewanki „Kraju Rad”.

Paweł Mykietyn w rozmowie z Alicją Szumańską na pytanie dlaczego wybrał muzykę, odpowiedział przewrotnie: „Nie wiem czy to ja wybrałem muzykę czy muzyka mnie. Nieskromnie powiem, że mam dobry słuch muzyczny, słuch myślenia harmonicznego. Dobre poczucie rytmu i pulsu. Miałem więc łatwość w zajmowaniu się muzyką. Dlaczego zdecydował się Pan po maturze zdawać na muzykologię na Uniwersytecie Warszawskim a nie na kompozycję do Akademii Muzycznej ?

Żeby pójść na kompozycję trzeba było mieć dyplom średniej szkoły muzycznej, a ja przecież uczyłem się tylko prywatnie. Już jako student muzykologii udałem się do rektora Akademii Muzycznej Kazimierza Sikorskiego z prośbą o przyjęcie na kompozycję. Powiedział, że byłoby to możliwe pod warunkiem  rocznego przygotowania u jego asystenta, co się wiązało z wydatkami, na które nie było mnie stać, więc zrezygnowałem. Na muzykologię natomiast zdałem bez problemów. Chciałem studiować w pobliskim Poznaniu, ale w 1953 roku było minimalne zainteresowanie  kierunkiem, wiec nabór zawieszono. Pojechałem do Warszawy i od razu trafiłem pod skrzydła pani profesor Zofii Lissy, którą trochę znałem z artykułów w prasie kulturalnej i z audycji radiowych. W szamocińskiej księgarni kupiłem też 25 pieśni radzieckich o Stalinie w jej redakcji, dzięki czemu poznałem totalitarną  hagiografię. Oto próbka: „Wielki Wodzu nad szczyty sinych gór, twoja sława wśród ludu wciąż rośnie. Ty wyjrzałeś jak słońce zza chmur i poznaliśmy słodycz wolności”. Piękne, prawda? Profesor Lissa przyjęła mnie i okazała się bardzo opiekuńcza. Po egzaminie zapytała, gdzie będę nocował, a ja odpowiedziałem, że chyba na dworcu. Ona na to zwróciła się do swego ówczesnego asystenta: „Kolego Patkowski, wasza żona pojechała na festiwal młodzieży i studentów do Bukaresztu. Macie więc chyba jakieś wolne łóżko, weźcie tego kolegę i przenocujcie.”

Profesor Lissie zawdzięcza Pan również swoją pierwszą posadę telewizyjną?

Na trzecim roku muzykologii przedstawiła mnie Czesławowi Lewickiemu. Nie miałem pojęcia kim jest, wiedziałem tylko, że to jakiś dyrektor. Pewnego piątkowego popołudnia zmierzałem w stronę Hotelu Polonia w Warszawie, gdzie w kawiarni działała „giełda” muzyków. Szedłem tam w nadziei, że ktoś mi zaproponuje granie na sobotniej potańcówce w którejś z tworzonych ad hoc kapel, co było niezłym sposobem dorobienia paru groszy do chudego stypendium. Nagle usłyszałem: „A dokąd to się pan wybiera, panie kolego?” Obejrzałem się i skonstatowałem, że to pan Czesław. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: „Szukam pracy, panie dyrektorze.” On na to: „To przyjdź pan w poniedziałek do mnie, do telewizji.” W taki to sposób – jeszcze jako student – zostałem zaangażowany na stanowisko redaktora muzycznego. Telewizja była wtedy w czasie dynamicznego rozwoju, pożerała cały czas i siły. Skutkowało to porzuceniem muzykologii dwa lata później. Plusem było jedynie, że w TVP poznałem ludzi, dzięki którym mogłem rozwinąć później działalność muzyczną.

Od tego czasu datuje się również początek Pana współpracy z teatrem telewizji ?

Praca moja polegała na ilustrowaniu programów muzyką z fonoteki. Byłem też realizatorem dźwięku dzienników i audycji publicystycznych. To banalna i raczej nudna robota. Natomiast prace przy realizacjach teatralnych wydawały się niekiedy fascynujące. W roku 1962 zgłosiła się do mnie pani reżyser Lucyna Tychowa przynosząc tekst Anatola France’a  O człowieku, który poślubił niemowę i powiedziała: „Panie Adamie, w tej sztuce jest czterowiersz, który aktor musi zaśpiewać. Niech pan wymyśli do tego jakąkolwiek melodię.”  Pojąłem, że nadarza się okazja jakich mało i zapytałem: „A co by pani powiedziała, gdybym napisał muzykę do całego przedstawienia?” Ona na to: „A potrafiłby pan?” „Tak” – odrzekłem z bezczelnością moich dwudziestu paru lat. „Ale ja nie mam pieniędzy dla kompozytora” –   odpowiedziała. „Ma pani 1500 zł za opracowanie muzyczne, prawda? To wystarczy”  – argumentowałem. Zgodziła się! Zaangażowałem na obój Stefana Sutkowskiego (późniejszy dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej), na klarnecie zagrał mój przyjaciel Waldemar Kurpiński, na perkusji kolega Fogiel a na klawesynie – ja, za darmo. Napisałem muzykę archaizującą, stosowną do akcji sztuki. Została dobrze przyjęta, a mój nieoczekiwany debiut kompozytorski wzbudził widocznie zainteresowanie w kręgach Teatru TV, bo niebawem zgłosił się do mnie Jerzy Antczak i zamówił muzykę do Dwóch teatrów Szaniawskiego.

Lata 50-te w Polsce to początek ery jazzu. Po okresie konspiracji, na fali odnowy 1956 roku rodzi się prężny ruch muzyczny, którego głównymi przedstawicielami stają się mi.in. Komeda, Trzaskowski, Namysłowski…

W roku 1955 Andrzej Karpiński zaprosił mnie do Akademii Sztuk Pięknych na koncert Krzysztofa Komedy. Muzyki jazzowej prawie wtedy nie znałem i szczerze mówiąc, nie lubiłem jej. Sądziłem, że jest to rodzaj tortury zadawanej przez redaktorów muzycznych słuchaczom radia. Poszedłem na ten koncert jako ignorant, a wyszedłem jako fan. Nieco później zacząłem grać jazz i zaprzyjaźniłem się z Komedą. Któregoś dnia w zakładzie muzykologii przygotowywałem się z kolegami do seminarium, radio grało jakąś serenadę, na którą  nie zwracałem uwagi. Nieoczekiwanie wszedł Mateusz Święcicki i zapytał: „W jakiej tonacji gra ta orkiestra?” „W D-dur.” – odpowiedziałem. Podszedł do fortepianu, uderzył akord D i zawyrokował: „Masz słuch absolutny, angażuję cię do kapeli”. Wiedziałem, że chodzi o zespół jazzu tradycyjnego „Pinokio”. Protestowałem, bo nie potrafiłem grać takiej muzyki. Mateusz, zdeterminowany, dostarczył materiały: kompozycje Jelly Roll Mortona i zeszyt, w którym zanotował melodie paru standardów jazzowych, podpisał schematy harmoniczne i  kazał się tego uczyć. Moja przygoda z jazzem miała jeszcze drugi aspekt – do tego stopnia zafascynowałem się tą muzyką, że zacząłem pisać artykuły i recenzje. Najpierw do Ruchu Muzycznego, potem zaangażował mnie redaktor Józef Balcerak do miesięcznika Jazz – jedynego w krajach Demokracji Ludowej.

Przyglądając się Pana twórczości można zauważyć, że komponował Pan – zarówno piosenki popularne, jak i jazz, muzykę współczesną, tematy do filmu i teatru. Z którą z tych form kompozycji czuje się Pan najbardziej zżyty? 

Największe znaczenie ma dla mnie muzyka pisana dla telewizji, czyli Listy śpiewające, bo od nich wszystko się zaczęło i dzięki nim zaangażowano mnie do kina. Pierwsze partytury filmowe pisałem do krótkometrażówek. Potem tak się złożyło, że Wojciech Kilar nie mógł z jakiejś przyczyny komponować muzyki do filmu Skok i Kazimierz Kutz zaangażował mnie. Muzykę do Chłopów Jana Rybkowskiego miał pisać Stefan Kisielewski, ale w czasie kiedy Rybkowski kończył zdjęcia, Kisiel przebywał za granicą. W wolnym świecie mówił i pisał co myślał, a czujni korespondenci krajowych mediów donosili, że Kisielewski „szkaluje ludową ojczyznę za pieniądze jej wrogów”. Atmosfera w sferach władzy była wobec niego – mówiąc delikatnie – nieprzyjazna, więc Rybkowski zaczął poszukiwać innego kompozytora. Wybrał się do Teatru Wielkiego, by się zapoznać z operą Witolda Rudzińskiego Chłopi. Następnie udał się do radia, a tam życzliwi redaktorzy skierowali uwagę na mnie. Posłuchał jakichś nagrań z Listów i zaproponował współpracę. Był rok 1972 – napisałem i po trudach nagrałem muzykę do 13-odcinkowego serialu. Potem w kinie współpracowałem jeszcze z Jerzym Kawalerowiczem, Jerzym Sztwiertnią, Anette Olsen, Januszem Zaorskim, Stanisławem Lenartowiczem, Janem Budkiewiczem, Stanisławem Jędryką, Markiem Wortmanem, Markiem Nowickim, Jerzym Hoffmanem. Nieco inny wymiar mają moje nieliczne kompozycje „poważne”. Parę z nich grano na Warszawskiej Jesieni i innych festiwalach. W zeszłym roku powtórnie wykonano podczas Jesieni Pulsar na perkusję i elektronikę. Pewien słuchacz napisał potem do mnie, że utwór ten zmienił jego życie (!) Trochę się przestraszyłem, bo nie wiem w jakim sensie je zmienił.

 Pana nazwisko kojarzy mi się z piosenkami skomponowanymi do słów Agnieszki Osieckiej : Na całych jeziorach ty, W dziką jabłoń cię zaklęłam, Ach nie mnie jednej, Czy musimy być na ty. W jakich okolicznościach rozpoczął Pan współpracę z Osiecką?

Kiedy skomponowałem muzykę do moich pierwszych spektakli Teatru TV, zostało to zauważone przez przyjaciół, bo realizacje teatralne cieszyły się wówczas nieomal takim zainteresowaniem telewidzów, jak późniejsze transmisje z Księżyca czy z Marsa. Pewnego dnia 1962 roku w pokoju magnetofonowym, w którym pracowałem, znalazłem taśmę z amatorskimi nagraniami piosenek STS-u. Były tam melodie Edwarda Pałłasza, Marka Lusztiga, Wojciecha Solarza do tekstów Andrzeja Jareckiego, Jarosława Abramowa, Ziemowita Fedeckiego, Agnieszki Osieckiej i innych. Wydawały mi się znakomite, dużo ciekawsze od większości nadawanych ówcześnie przez radio. Pomyślałem sobie: „Miło byłoby pracować np. z taką Osiecką” . Wkrótce potem zadzwonił mój znajomy, później radiowy redaktor i przyjaciel Jan Borkowski i zaproponował współpracę z … Agnieszką!    Nie muszę chyba mówić jak bardzo byłem zdumiony i zaskoczony. Nie znałem przecież Agnieszki ani nikogo z STS-u, który cieszył się wtedy zasłużoną sławą. Propozycję zaliczam do kategorii cudów, nadzwyczajnych niespodzianek losu. Spotkaliśmy się niebawem w kawiarni Nowy Świat Agnieszka, Janek i ja. Byłem pod wrażeniem osobowości i urody przyszłej współautorki. Ujmujący wdzięk, skromność ubioru i uczesania. Brzoskwiniowa cera i żadnego makijażu. Inteligencja i dowcip. Rozmawialiśmy o słowie i o muzyce, zastanawialiśmy się dlaczego – zamiast mówić – niekiedy śpiewamy. Jeżeli dobrze pamiętam Agnieszka sądziła, że tajemnica tkwi w nadmiarze ekspresji, której nie można wyrazić samym słowem. Takim to sposobem, krótko rzecz ujmując, zostałem autorem muzyki Listów śpiewających, lirycznych, poetyzujących programów telewizyjnych autorstwa Agnieszki, emitowanych w latach 1963-69, z których pochodzi znakomita większość moich piosenek.

Pana piosenki często rozbrzmiewały podczas Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Zaczęło się chyba w 1966 roku?

Po pewnym czasie praca redaktora i realizatora muzycznego w telewizji wydawała mi się jałowa. Zrezygnowałem z niej, ale jako wolny strzelec kontynuowałem współpracę kompozytorską. Decydenci telewizyjni umieszczali niektóre piosenki pochodzące z wyprodukowanych przez siebie audycji w programach festiwalu opolskiego. W ten sposób do Opola trafiły także nasze songi z Listów śpiewających. W 1966 roku Łucja Prus zaśpiewała tam Dookoła noc się stała, a Teresa Tutinas – Na całych jeziorach ty. Niezapomniana Łucja wywalczyła II nagrodę w kategorii „Premiery”. Janek Borkowski obecny w Opolu powinszował mi i powiedział, że skoro otrzymam trochę grosza to powinienem kupić z nim na spółkę … żaglówkę. Odmówiłem, uzasadniając nie najlepszą kondycją finansową. Przyjaciel niezrażony zapytał: „A jeśli juto dostaniesz jeszcze jedną nagrodę to kupimy łódź?”  Zgodziłem się bez wahania i poszedłem spać. Nazajutrz rano ktoś z obsługi hotelu wezwał mnie do telefonu w recepcji (w moim pokoju nie było aparatu). Dzwoniła Teresa Tutinas: „Dlaczego nie ma cię na próbie? ” denerwowała się. „A do czego jestem tam potrzebny? ” – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. „Jak to po co? Ty nic nie wiesz? Wygraliśmy! Mamy właśnie próbę koncertu laureatów.” W taki sposób dowiedziałem się, że zostaliśmy z Agnieszką laureatami I nagrody w kategorii „Przeboje”. Oczywiście kupiliśmy z Jankiem wymarzoną przezeń łódkę. Była to skromna „Mewa”. Pływaliśmy na niej po całym Jeziorze Nidzkim przez kilka kolejnych lat. Agnieszka nie była obecna na festiwalu pamiętnego roku ‘66, więc fotografowano Teresę i mnie. Nasze zdjęcie pojawiło się w gazetach i kolorowej prasie, wówczas szaro-burej. Byłem rad, ale mina mi zrzedła, gdy przysłano mi wycinek z Głosu tygodnia ukazującego się w Szczecinie, w którym zdjęcie podpisane było następująco: „Para sympatycznych piosenkarzy radzieckich – Tutinas i Łubaszenko. Czy zobaczymy ich w Sopocie?”

I nastał Sopot…

Po sukcesie opolskim otrzymałem propozycję napisania muzyki do spektaklu telewizyjnego  Hamlet-komiks. Wzięli w nim udział czołowi aktorzy i autorzy, wśród nich Wojciech Młynarski. Młodzi gniewni krytycy ocenili przedstawienie surowo, przyznając mu „czarną palmę”. Może dlatego, że grzeszył oryginalnością kostiumów i scenografii? (Daniel Mróz odział aktorów w kostiumy, które czyniły z nich monstrualne owady). Dyrektor programów rozrywkowych (zarazem autor „komiksowego” scenariusza) umieścił w programie  Opola’67 song Ofelii Po prostu jestem z naszego Hamleta i powierzył wykonanie Danie Lerskiej, a towarzyszenie Skaldom. Słuchałem transmisji w pewnej mazurskiej chacie we wsi Krzyże, dokąd jeździliśmy na wakacje z Jankiem, Agnieszką i grupą przyjaciół z STS-u. Gdy usłyszałem werdykt jury, pod wpływem szoku, schowałem się … pod stołem: dostaliśmy z Młynarskim I nagrodę. Czy to irracjonalna reakcja lęku przed skutkami sukcesu? Nie wiem. Telewizja umieściła tenże song w konkursie festiwalu sopockiego i tam, ku mojemu zdumieniu, także wygraliśmy! Była to prestiżowa nagroda  „Bursztynowego słowika”. Pojechałem więc do Sopotu. W oczekiwaniu na zakończenie festiwalu siedziałem z grupą przyjaciół pijąc kawę w ogródku przy Monte Cassino. Podeszła do mnie Cyganka, która upierała się, żeby mi powróżyć: „Połóż tu stówkę, a powiem ci, co cię czeka”. Nudziła dłuższą chwilę, a ja odmawiałem. Któryś z kolegów powiedział: „Daj jej tę stówę, nie żałuj, przecież jutro odbierasz nagrodę.” Dałem banknot Cygance, a ona powróżyła: „Spotka cię wielkie szczęście, ale pieniędzy z tego mieć nie będziesz.” I poszła. „Głupstwa plecie” – pomyślałem, bo koledzy przebąkiwali o kilkunastu tysiącach złotych dla każdego ze współautorów. Zbliżała się ceremonia rozdania nagród w Hotelu Grand, a nas laureatów nikt nie zapraszał. Wreszcie Wojtek Młynarski zdobył zaproszenia i udaliśmy się na uroczystość. Pojawiła się Dana Lerska, błysnęły flesze, przemówił dyrektor Pagartu, tłumacze przekładali jego mowę na rosyjski i angielski. Następnie wręczył śpiewaczce czerwony plastikowy portfelik pełen banknotów i dodał: „…a współtwórcom sukcesu pani Dany gratulujemy i zapraszamy w przyszłym roku do Sopotu.” Nie wymienił nawet naszych nazwisk, a przecież to był konkurs dla autorów! W roku następnym odmówiłem przyjazdu na festiwal, nie miałem ochoty. Telewidzom oznajmiono, że wyjechałem za granicę. Kłamstewko. „Bursztynowego słowika” odebrałem w warszawskim biurze Pagartu. Piosenka-laureatka otrzymała jeszcze nagrodę PWM-u, także honorową. Song Ofelii nie przysporzył więc pieniędzy autorom. „Cyganka prawdę ci powie.” Ale skąd wiedziała? Metafizyka.

Może rozmawiała z Duchem ojca Hamleta?

Pewnie tak. Pod koniec 1967 roku otrzymałem stypendium MKiS na wyjazd do Paryża. Odebrałem paszport i zaraz potem w pobliżu ministerstwa przy Krakowskim Przedmieściu spotkałem autora hamletowego komiksu, zarazem wpływowego dyrektora z telewizji. „Dobrze, że pana widzę” – powiedział. „Napisze mi pan muzykę do mojego nowego spektaklu.” „Nie mogę, panie dyrektorze, wyjeżdżam do Paryża.” „Nie damy paszportu” – powiedział dyrektor. „Ale ja mam już paszport w kieszeni.” „Zabierzemy” – zażartował. Uśmiechnąłem się i pożegnałem. Nazajutrz na Okęciu, już po odprawie paszportowej, piłem kawę w salce dla oczekujących na odlot, gdy nagle z hałasem otworzyły się boczne drzwi dla VIP-ów i wkroczył… wpływowy dyrektor. Przez sekundę pomyślałem, że przyszedł po mój paszport. Ale on odprowadzał pewną gwiazdkę z Zachodu, która występowała w naszej telewizji.

Wspomniał Pan wieś Krzyże. Mam przed oczyma zdjęcie Osieckiej, a pod nim podpis: „Agnieszka z Tadeuszem Szczupaczkiewiczem. W tle „hangar”, w którym zimowały łódki i kajaki, m.in. pierwsza łódka Agnieszki „Mister Paganini” a następnie łódka „Goguś”. Pan Tadeusz, malarz, miał duszę artystyczno-mazurską, mieszkały u niego nie tylko łódki, ale przede wszystkim przyjaciele i wspomnienia. Jego przystań stanowiła serce dawnych Krzyży. ”

Krzyże, skromna wieś mazurska nad Jeziorem Nidzkim. Jeździli tam liczni przyjaciele z STS-u i z tzw. branży. Przystań, z której korzystaliśmy należała do wspomnianego pana Szczupaczkiewicza. Przechowywaliśmy tam naszą łódkę, plażowaliśmy, podczas gdy Agnieszka pisała kolejne odcinki Listów śpiewających. Szczupaczkiewicz był kolegą Andrzeja Wajdy z czasów, gdy obaj studiowali malarstwo. Kiedyś w Warszawie Agnieszka kupiła mi skrzypce, bo skarżyłem się na niedostateczną znajomość tego instrumentu. Wybrała jednak skrzypce w rozmiarze dla dzieci. Serdecznie dziękowałem, żałując jednocześnie, że będą dla mnie bezużyteczne, więc je zabrała. Wyjechała wkrótce do Krzyży z Andrzejem Wajdą, z którym się przyjaźniła. Zabrała ze sobą instrument, bo już miała pomysł co z nim zrobić. Uznali mianowicie z reżyserem, że trzeba go … pomalować. Agnieszka zebrała nieco polnych kwiatów, a pan Andrzej uwiecznił je na skrzypeczkach. Tadeusz Szczupaczkiewicz skomentował wydarzenie: „Widzę, że Wajda zabrał się wreszcie do uczciwej pracy.” Skrzypce w kwiatki są dziś ozdobą mojej kolekcji pamiątek. Przypominają mi wspaniałą Przyjaciółkę, a także epizod współpracy ze sławnym reżyserem, bo napisałem też muzykę do jego Makbeta zrealizowanego w technice filmowej dla Teatru TV.

Pana życie zawodowe jest bardzo mocno związane z radiem.

W roku 1974 przyjąłem propozycję kompozytora, ówcześnie dyrektora muzycznego Polskiego Radia  pana Włodzimierza Kotońskiego by zostać jego zastępcą. Sprawowałem tę funkcję ponad rok. Pewnego popołudnia zadzwoniła do mnie sekretarka prezesa PR i TV z wiadomością, że szef wzywa mnie na pilną naradę w sprawach programowych. Ledwie zdążyłem. Obecni byli wszyscy decydenci  „firmy”. „Od jutra znikają z anteny takie programy jak Kółko i krzyżyk, Progi i bariery. Chcę mieć zamiast nich rewie i tancerki z piórkami w pupie, bo tego pragną widzowie” – powiedział prezes. Odezwał się chór protestów: „Ależ, panie prezesie, te programy bardzo się podobają, otrzymujemy tysiące listów…” „Może ja się nie znam na telewizji, ale te programy znikną, bo ja muszę dbać o naszego wyborcę – robotnika. A robotnik chce oglądać rewie z tancerkami” – przerwał prezes i kontynuował w tym samym stylu. Pod koniec była mowa o programie Żegnaj Marylin z udziałem Kaliny Jędrusik, słynnym z tego, że nie był emitowany i spowodował perturbacje personalne. „Słyszę głosy – powiedział prezes – że rozwiązaliśmy Redakcję Rozrywki z powodu programu Żegnaj Marylin. To nie jest prawdą. Ale prawdą jest, że program ten stał się ziarnkiem – piasku – które – złamało – grzbiet – wielbłąda” – wyrecytował dobitnie.. „Wilhelmi, jak się nazywał ten wczorajszy program Osieckiej?” – zapytał na zakończenie. Apetyt na czereśnie – padła odpowiedź. „Katastrofa” – pomyślałem, bo Czereśnie miały tym razem moją muzykę – piosenki z Listów śpiewających. „Oglądałem ten program dziesięć minut i poszedłem spać” – zwierzył się prezes. „Poszedłem spać, bo byłem pewien, że jest to właściwy program dla określonej kategorii telewidzów.”

W „Szpetnych czterdziestoletnich” Osiecka napisała o Panu: „Adam Sławiński na przykład gra niesłychanie kameralnie, jakby coś człowiekowi opowiadał na ucho. Zgarnia klawisze do środka, jak rozbiegające się szczupłe kurczęta, ciągle coś tam tamuje. Gra, jakby go ktoś trzymał za frak. Czy w relacji autor – kompozytor przyjaźń pomaga?

Tak, przyjaźń oznacza przecież zaufanie. Agnieszka na ogół zgadzała się z moimi propozycjami zmian, przyjmowała z pokorą pomysły kompozytorskie. Nie mówiła, że to czy owo się jej nie podoba i nigdy niczego mi nie narzucała. Prosiła jedynie, by piosenki w Listach były jak skromne „śpiewanki – mruczanki”. Nie lubiła popisów wokalnych, ekspresja aktorska wydawała się jej chyba ważniejsza, niż muzyczna.

Natomiast w „Galerii potworów” znalazłem taki cytat: „Mój ” kompozytor Adam Sławiński, świetny muzyk i delikatny, mądry człowiek, napisał dla mnie tylko kilka melodii, potem rzucił wszystko dla muzyki poważnej (…).” Sugerując się wydanym przez Fundację Okularnicy Śpiewnikiem, wywnioskować można, że skomponował Pan 40 piosenek do słów Osieckiej. To cały wspólny dorobek, czy było tych piosenek więcej?

To nie jest całość naszej wspólnej pracy. Piosenek jest dużo więcej, nie wszystkie jednak zasługują na „nieśmiertelność”.

Wasze piosenki śpiewała zarówno czołówka polskiej estrady jak i wybitni aktorzy, wśród których wymienię choćby Kalinę Jędrusik, Zofię Kucównę czy Krystynę Sienkiewicz. Czy utwory tandemu Osiecka – Sławiński były pisane dla konkretnych  wykonawców? Miał Pan wpływ na dobór interpretatorów swoich piosenek? 

Wykonawcy byli umawiani chyba jeszcze przed napisaniem scenariusza. Listy śpiewające to rodzaj lirycznego serialu. Agnieszka pisząc myślała o określonych osobach, które dobrze znała, ceniła, z którymi się przyjaźniła. Z reguły wiedziałem, kto będzie grał i śpiewał. Teksty powstawały zawsze przed muzyką. Taka była zasada. Raz jeden zdarzyło się odwrotnie, skutkiem czego musiałem zmienić muzykę, bo stwierdziłem, że tekst  niezupełnie harmonizuje z melodią.

Krzysztof Penderecki powiedział: „Tak naprawdę to prawie nie słucham muzyki, bo mi przeszkadza. Kiedyś słuchałem wszystkiego, co pisali mi współcześni i nie tylko. Teraz się bronię. Malarz przecież nie chodzi do muzeum, żeby inspirować się malarstwem. Szuka w sobie. Tak jest i ze mną. Uważam, że słuchanie muzyki przeszkadza w pisaniu kompozycji.” Jakiej muzyki słucha Pan prywatnie? Polska muzyka współczesna jest dla Pana źródłem inspiracji?

Trudno nie cenić Krzysztofa Pendereckiego. To gigant, a ponadto przywrócił muzyce wymiar sakralny, podobnie jak Olivier Messiaen. Spośród tych co odeszli, jednym z największych w naszej historii jest Witold Lutosławski. Ważna jest dla mnie spuścizna Tadeusza Bairda, Kazimierza Serockiego, Witolda Szalonka, Henryka Mikołaja Góreckiego, Wojciecha Kilara. Sposród żyjących cenię wysoko Krzysztofa Meyera, Lidię Zielińską, Grażynę Pstrokońską-Nawratil, Zygmunta Krauzego, Pawła Szymańskiego. Pawła Mykietyna… Nie chcę się rozwodzić, bo to temat – rzeka; mamy wielu znakomitych kompozytorów, także wśród młodych.

A do własnych kompozycji lubi Pan wracać?

Niezbyt często. Piosenki, które cenię, nie zdobyły dużej popularności. Za jedną z najbardziej udanych uważam W dziką jabłoń cię zaklęłam, której pierwszą wykonawczynią była Zofia Kucówna. Muzyka jest niezła, oryginalna, bo świetny, inspirujący jest tekst Agnieszki.

Czy po latach zmienia Pan coś w skomponowanych przez siebie utworach?

Niektóre piosenki koryguję, np. Zamiast wódkę pić, którą dwa lata temu nagrała Maryla Rodowicz  (i wprowadziła swoje poprawki). Chciałbym też zmienić zakończenie songu Na całych jeziorach ty, bo się wydaje, że łatwiej jest je zagrać na fortepianie, niż zaśpiewać. To samo dotyczy piosenki Dookoła noc się stała, w której były dwie kulminacje. Już to poprawiłem.

Plany kompozytorskie na najbliższą przyszłość?

Napisałem ostatnio Wariacje w paru stylach na klarnet i fortepian wykonane w grudniu na koncercie Związku Kompozytorów. Teraz muszę je poprawić i wydać. Szkicuję kolejny utwór orkiestrowy.

Dziękuję za rozmowę!

Ryszard Abraham

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 − 3 =