Ryszard Abraham: Mistrz ceremonii

6 lipca 2016

Rozmowa z aktorem Teatru Dramatycznego – Krzysztofem Szczepaniakiem

Mizantrop/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Mizantrop/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Ryszard Abraham: Urodziłeś się i wychowałeś we Wrocławiu. Dlaczego wybrałeś warszawską Akademię Teatralną skoro we własnym mieście miałeś uczelnię kształcącą aktorów?

Krzysztof Szczepaniak: To warszawska szkoła teatralna wybrała mnie! (śmiech). A tak serio, kiedy zdawałem do Wrocławia, to poległem na zadaniu aktorsko-ruchowym, polegającym na tym, że miałem zatańczyć jak Michael Jackson. Widać wtedy mi nie wyszło, bo nie dostałem się. Ironia polega na tym, że teraz tańczę jak Jackson-zombie w Nocy żywych Żydów i chyba jakoś daję sobie radę, bo nie słyszę skarg ze strony publiczności ani dyrekcji teatru  (śmiech).

Do Akademii dostałeś się za drugim razem. Co porabiałeś w tym wolnym od edukacji teatralnej roku akademickim?

Do Akademii dostałem się za pierwszym razem, tylko w drugim roku moich zmagań z egzaminami wstępnymi. Za pierwszym razem, kiedy podchodziłem do nich, startowałem tylko do uczelni we Wrocławiu i Łodzi. Z perspektywy czasu myślę, że jednak mi się poszczęściło. Wrocław bardzo lubię, ale chyba już był najwyższy czas, aby opuścić to miasto. Mając przed sobą rok akademicki i dużo wolnego czasu, postanowiłem spróbować swoich sił na wydziale dziennikarstwa. Okazało się to niewypałem, ponieważ zupełnie ten kierunek nie przypadał mi do gustu. Było w tym sporo mojej winy, albowiem sporadycznie chodziłem na zajęcia.

Może byś dziś prowadził jakiś teleturniej, talk-show?

W tym mógłbym się jakoś odnaleźć. Może jeszcze jako konferansjer bym się sprawdził? Jedno wiem na pewno, nie jestem typem osoby, która godzinami przesiaduje w archiwach i bibliotekach, przegląda tysiące artykułów, analizuje dokumenty, odsłuchuje taśmy – aby w konsekwencji przygotować się do wywiadu lub napisać reportaż. W tym przypadku, zdecydowanie wolę być czytelnikiem niż autorem.

Reportaż fotograficzny, filmowy?

To już bardziej, ze względu na fakt, że jest w tym pewny ważny aspekt aktorstwa, mianowicie obserwacja.

Idąc do szkoły teatralnej mamy względem tej uczelni pewne oczekiwania. Jakie ty miałeś?

Już nie pamiętam, ale chyba nie miałem oczekiwań. Chciałem się po prostu sprawdzić. Jak mówi rektor Strzelecki, dostając się do szkoły teatralnej chwyciliśmy Pana Boga za nogi. To racja, miejsce magiczne, gdzie masz nadzieję, że spełnią się twoje marzenia. Tylko po czasie orientujesz się, że jest to tak naprawdę szkoła zawodowa, skupiona na nauce rzemiosła. Uczelnia to przede wszystkim ludzie. Masz takie przedmioty jak „Wojciech Pszoniak”, „Janusz Gajos”, „Mariusz Benoit” czy „Łukasz Lewandowski”. Te zajęcia tak właśnie powinny się nazywać. Nie chciałbym cofnąć się w czasie i zacząć jeszcze raz nauki na tym kierunku, bo nie są to łatwe studia. Cieszę się, że mam już je za sobą (śmiech).

Jesteś trzy lata po skończeniu wydziału aktorskiego. Specyfika tych studiów polega między innymi na tym, że ludzie z roku wciąż ze sobą przebywają, przez co siłą rzeczy są bardzo przywiązani do siebie. Utrzymujesz nadal kontakt z ludźmi ze swojej grupy?

Dodałbym jeszcze, że specyfika tych studiów polega na tym, że po ich skończeniu każdy podąża swoją drogą. Po opuszczeniu murów szkoły kontakty z moim rokiem rozluźniły się. Najczęściej spotykam się z ludźmi, z którymi mam okazję pracować, np. z Mateuszem Weberem jestem w jednym zespole w Teatrze Dramatycznym, z Kingą Suchan gram w Miarce za miarkę. Jednych widuję okazjonalnie np. na planie filmowym, w studiu dubbingowym,  jeszcze innych towarzysko, prywatnie.

Wszyscy twoi koledzy/koleżanki z roku pracują w zawodzie?

O spektakularnym porzuceniu zawodu i całkowitym zerwaniu ze środowiskiem aktorskim nie słyszałem. Kilka osób dostało etaty w teatrach, inni poszli drogą filmowo-telewizyjną, kilku kolegów zajmuje się okazjonalnie aktorstwem, grając od czasu do czasu w serialach. Dla niektórych aktorstwo zostało tylko dodatkiem do zupełnie innych zajęć zarobkowych. Każdy czeka w pełnej gotowości na swój moment, wszyscy miewamy przestoje w pracy. To zawód bardzo nieregularny i to wielu z czasem zniechęca do jego wykonywania.

Jakie predyspozycje charakterologiczne trzeba posiadać, aby utrzymać się w tym zawodzie?

Po pierwsze: wytrwałość. Po drugie: wytrwałość. Po trzecie: wytrwałość. Ważna jest również dobrze zrozumiana pazerność i uważność na otaczający nas świat i interdyscyplinarna ciekawość, co stanowi zawsze dobrą podstawę do pracy nad rolą. Minusem jest brak poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji materialnej.

Po szkole zostałeś etatowym aktorem stołecznego Teatru Dramatycznego. Jak doszło do tego, że akurat związałeś się z tą sceną?

Zadecydował przypadek. Zostałem zaproszony do gościnnej roli Klitandra w Mizantropie w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, następnie zrobiłem zastępstwo w Nocy żywych Żydów. I tak już zostałem na stałe. Dostaję w tym teatrze różnorodne propozycje, co działa bardzo rozwojowo, więc nie mam powodów do narzekań.

W Teatrze Dramatycznym dużo grasz. Można cię oglądać m.in. w Młodym Stalinie (reż. Ondrej Spišák), Kupcu weneckim (reż. Aldona Figura), Wszystkich moich synach (reż. Wawrzyniec Kostrzewski). Na scenie jesteś bardzo charyzmatyczny, pełen niespożytej energii. I taka była postać mistrza ceremonii w Cabarecie (reż. Ewelina Pietrowiak). Oglądałeś wcześniej Joela Grey’a w legendarnym filmie Boba Fosse’a? Inspirowałeś się nim? 

Widziałem w miarę możliwości wszystkie dostępne nagrania przedstawienia Cabaret. Jeżeli jakaś interpretacja tego diabelskiego kreatora berlińskiego podziemia ery narodzin faszyzmu była mi bliska, to była nią kreacja Alana Cummingsa w przedstawieniu Sama Mendesa na londyńskim West Endzie.  Przy przygotowywaniu się do tego rodzaju ról tak mocno utożsamianych z konkretnym wykonawcą, trzeba zrobić jedną podstawową rzecz: odciąć się od wszelkich porównań i spekulacji, i zająć się sobą. W moim wykonaniu mistrz ceremonii to upiorny rozkapryszony dzieciak, który przewodzi temu całemu zmierzającemu ku zagładzie cyrkowi. Bardzo lubię takie animalno-fantastyczno-abstrakcyjne rolne.

Mi najbardziej przypadła do gustu twoja rola Christophera w Dziwnym przypadku psa nocą (reż. Jakub Krofta). Jak przygotowywałeś się do roli 15-latka cierpiącego na zespół Aspergera,  matematycznego geniusza, któremu nie umknie żaden szczegół otaczającej go rzeczywistości, ale który postrzega świat schematycznie, nie potrafi czytać emocji innych ludzi, nie rozumie metafor, przyjaźni się tylko ze zwierzętami?

Obejrzałem oczywiście Rain Mana Barry’ego Levinsona i Adama Maxa Mayera oraz wiele filmów dokumentalnych. To dotychczas najtrudniejsza z ról, które zagrałem. Wymaga psychiczno-fizycznego wysiłku i niebywałej koncentracji.

Kabaret/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Kabaret/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Odnoszę wrażenie że estrada jest twoim żywiołem. Śpiewasz nie tylko w przedstawieniach teatralnych, ale również jesteś laureatem prestiżowych festiwali: Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu oraz Konkursu Pamiętajmy o Osieckiej. Jak dobierasz repertuar?

W moim przypadku są to dwie drogi. Czasami to przychodzi spontanicznie i natychmiast  wiem, co mam zaśpiewać. Innym razem męczę się niemiłosiernie przeglądając godzinami partytury, przesłuchując setki piosenek, przeglądając strony internetowe, sięgając rady znajomych. Estrada nie jest moim żywiołem, znam lepszych od siebie. Aczkolwiek rola wodzireja, nawiązywanie kontaktu z publicznością, dialogowanie z nią, zapraszanie na scenę przychodzi mi z łatwością.

Wraz z Tomaszem Robaczewskim,  Janem Ambroziewiczem, Szymonem Orfinem, Maciejem Zychem i Tomaszem Zychem tworzycie zespół Robodrom. Śpiewacie i gracie, jak to sami określacie, la grande danse macabre, wodewil, rewię, burleskę, pop.

Inne określenie naszej spontanicznej grupy to luminarze melanżu (śmiech). Ja dołączyłem do zespołu, który już istniał na rynku kilka lat. W pewnym momencie szukali wokalistki i jak się domyślasz, poszedłem na przesłuchanie i z całą stanowczością przekonałem kolegów, że jestem im niezbędny (śmiech).

Doznałeś już rozczarowań zawodowych?

Tak. Szkoda mi kilku ciekawych projektów, w jakich miałem wziąć udział, które jednak w konsekwencji nie doszły niestety do realizacji.

Sporo użyczasz swojego głosu w dubbingu. Pracujesz zarówno nad filmami animowanymi (Zwierzogród) jak i aktorskimi (Jeździec znikąd). Dubbing to sztuka czy tyko pewna umiejętność warsztatowa?

Sztuka, która opiera się na operowaniu elementami warsztatowymi. To również dryg, który się ma lub nie ma, refleks, modulacja i tembr głosu, wyobraźnia, podzielność uwagi (czytanie tekstu + obserwowanie akcji filmu na ekranie + emocjonalne interpretowanie dialogów i reakcji postaci animowanych).

Często grasz głosem w radiu. Jak wygląda praca z reżyserem nad rolą w Teatrze Polskiego Radia?

Intuicja ogrywa bardzo tu dużą rolę. Na tekstem pracuję sam w domu, przed nagraniem mam konsultacje interpretacyjne z reżyserem. Tyle.

Twoje plany zawodowe na najbliższą przyszłość?

We wrześniu odbędzie się premiera Wizyty starszej pani Friedricha Dürrenmatta w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego. Zapraszam.

Nie omieszkam skorzystać. Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Rozmawiał: Ryszard Abraham

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

16 − eight =