Ryszard Abraham: Ostatniego pytania nie było

23 maja 2016

Rozmowa z aktorem Pawłem Ciołkoszem

 

Paweł Ciołkosz/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Paweł Ciołkosz/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Ryszard Abraham: Pamiętasz pierwszy spektakl jaki w życiu widziałeś?

Paweł Ciołkosz: Niestety, kompletnie tego nie pamiętam. Wydaje mi się, że miało to miejsce   w trakcie trwania Szkoły Podstawowej i był to spektakl widziany bodajże w tarnowskim teatrze. Ale co to był za tytuł? Kto reżyserował i grał? Za nic sobie teraz nie przypomnę!

Pochodzisz z Dębicy – prawie 50-tysięcznego miasta na Podkarpaciu. Jest tam bardzo prężnie działające życie kulturalne i sportowe, odbywają się przeglądy piosenki religijnej i turniej tańca towarzyskiego. Mimo iż Dębica nie posiada tradycji teatru zawodowego, to przyszło tam na świat kilku ludzi sceny: Tadeusz Łomnicki, Mariusz Kiljan czy Mirosław Kropielnicki. Będąc w szkole podstawowej, a potem w liceum aktywnie udzielałeś się w amatorskich grupach teatralnych, recytowałeś poezję, brałeś udział w akademiach szkolnych?  Kiedy pojawił się pomysł, aby spróbować swoich sił w aktorstwie?

Muszę cię zawieść, bo nie należałem do żadnego kółka teatralnego (śmiech). W konkursie recytatorskim wziąłem udział raz i zająłem chyba drugie albo trzecie miejsce. Moja pasja i zainteresowanie aktorstwem zrodziły się w trzeciej klasie LO, kiedy wpadłem na pomysł żebyśmy z kumplami pobawili się kamerą wideo. Zaczęliśmy pisać scenariusze, zajmowaliśmy się całą produkcją, graniem i montażem. To była fantastyczna zabawa, z której zrodził się pomysł zdawania do Szkoły Filmowej w Łodzi, na wydział reżyserii. Jednak przestraszyłem się trochę tego kierunku, który wtedy wydał mi się nieosiągalny. Postanowiłem więc spróbować aktorstwa.

Wielu obecnych studentów wydziału aktorskiego korzysta z kursów przygotowawczych. Są nawet wyspecjalizowane w tym kierunku warsztaty Doroty Zięciowskiej i Zbigniewa Kalety czy L’art Studio w Krakowie, które przygotowują przez rok kandydata pod kątem przyszłych egzaminów wstępnych. Jak wyglądał twój proces doboru materiału tekstowego i piosenek do prezentacji przed komisją na Miodowej? Kto cię przygotowywał?

Ja również skorzystałem z przygotowania w takiej szkole. Rok uczęszczałem do Prywatnej Szkoły Aktorskiej Spot w Krakowie, gdzie wykładowcami byli krakowscy i warszawscy aktorzy: Jan Korwin-Kochanowski, Maciej Luśnia, Jan Mączka, Piotr Piecha i wielu innych. Jeżeli chodzi o dobór tekstów, to przede wszystkim kierowałem się sugestiami tych pedagogów, którzy pomagali nam wybrać repertuar tak, aby był zróżnicowany i pokazywał jak z najlepszej strony nasze możliwości i ekspresję.

Czy w razie niepowodzenia na egzaminach do Akademii Teatralnej miałeś jakieś alternatywne rozwiązanie?

Oczywiście. Zdawałem do wszystkich szkół teatralnych w Polsce. Przechodziłem do kolejnych etapów również w Łodzi i Krakowie. W związku z tym, że w Warszawie wyniki były ogłoszone jako pierwsze, zdecydowałem się zostać w stolicy. Na wypadek niepowodzenia w egzaminach na kierunek aktorski, złożyłem również dokumenty na UJ na wydział geografii.

Zapamiętałeś jakiś szczególny lub zabawny moment z egzaminów wstępnych?

Nigdy chyba nie zapomnę momentu tuż przed wejściem na pierwsze przesłuchanie, kiedy stałem w łazience przed lustrem i krzyczałem na siebie, że od tego momentu zależy reszta mojego życia, i że muszę osiągnąć cel. Ten sposób motywacji jak widać okazał się skuteczny (śmiech).

Już w trakcie studiów intensywnie grałeś: MP3 (reż. Mariusz Benoit – Teatr Montownia), Pułapka (reż. Bożena Suchocka – spektakl dyplomowy), Trzy siostry (reż. Natasha Parry i Krystyna Janda – Teatr Polonia), Usta pełne ptaków (reż. Paweł Szkotak – spektakl dyplomowy) i  Rosencrantz i Guildenstern nie żyją (reż. Ewelina Kaufman – Teatr La Mort Warszawa). Które z tych przedstawień było wówczas dla ciebie – początkującego aktora – największym wyzwaniem?

Sądzę, że Pułapka, która przyniosła mi później nagrodę na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Miło wspominam pracę nad rolą w tym spektaklu. Bożena Suchocka pozwoliła mi na dużą swobodę, ukierunkowywała mnie co jakiś czas, a ja starałem się pracować sam. Bardzo mocno i intensywnie poczułem tę postać, utożsamiłem się z nią. Dostałem fantastyczną możliwość stworzenia roli intensywnej i wyrazistej.

Po szkole teatralnej byłeś przez dwa sezony aktorem stołecznego Teatru Współczesnego, w którym zagrałeś w dwóch przedstawieniach w reżyserii Macieja Englerta: Proces To idzie młodość… Jak znalazłeś się w zespole przy Mokotowskiej 13?

Kompletnie się nie znalazłem! Osoba Macieja Englerta bardzo źle mi się kojarzy. W tym teatrze nie spotkało mnie nic pozytywnego, wręcz odwrotnie! Sposób pracy dyrektora i jego podejście do ludzi bardzo mnie w sobie zamknęło i trochę psychicznie zniszczyło. Stwierdziłem, że moja obecność tam jest całkowicie zbędna. Wiedziałem, że nic dobrego mnie tam nie spotka. Uciekłem!

Następnie zmieniłeś swój teatralny adres na ulicę Karasia 2 i przeniosłeś się na kilka lat do Teatru Polskiego. Można cię było zobaczyć na tej scenie w m.in. Cydzie (reż. Ivan Alexandre), Mazepie (reż. Piotr Tomaszuk), Paradach (reż. Edward Wojtaszek), Irydionie (reż. Andrzej Seweryn) czy w Królu Learze (reż. Jacques Lassalle). W tym roku opuściłeś zespół Teatru Polskiego. Co było powodem tak radykalnej decyzji?

Powodów było co najmniej kilka. Począwszy od rodzinnych, a skończywszy na czysto ekonomicznych. Zbyt często zdarzało się, że muszę rezygnować z prac poza teatrem, a przez to przepadło mi sporo ciekawych propozycji. W pewnym momencie miałem też poczucie braku różnorodności repertuaru. Ogromnie szanuję wybory dyrektora Seweryna dotyczące klasyki, niemniej jednak do zawodowego i artystycznego rozwoju niezbędny jest mi płodozmian. Poza tym, stuprocentowe decydowanie o swojej karierze pozwala mi też mobilizować się do pracy. Wzmaga to w aktorze potrzebę poszukiwania nowych wyzwań, co niewątpliwie posiadanie bezpiecznego etatu w teatrze zabija.

Jesteś prawie dziesięć lat po skończeniu Akademii Teatralnej i sam stawiasz pierwsze kroki jako wykładowca tej uczelni. Zauważyłeś jakieś zmiany w programie kształcenia aktorów na przestrzeni tej dekady,  kiedy skończyłeś szkołę i zacząłeś uczyć?

Od kilku lat jestem asystentem prof. Anny Seniuk w Akademii Teatralnej, a co za tym idzie przyglądam się jej sposobowi i metodzie pracy. Kształcenie aktorów to dość specyficzna sprawa, którą trudno w jakikolwiek sposób zdefiniować i ująć w ramy. Każdy pedagog zazwyczaj jest aktorem i ma swoje własne wizje, sposoby oraz metody kształcenia kolejnych adeptów tej sztuki. Niedawno otworzyłem przewód doktorski, w którym chciałbym podjąć się próby opisania pracy nad rolą teatralną, sposobach komunikacji reżysera z aktorem oraz pedagoga ze studentem aktorstwa. Wydaje mi się, że te relacje są na tyle specyficzne, delikatne oraz wrażliwe, że chciałbym bliżej im się przyjrzeć. Jeśli kiedykolwiek będzie dane mi uczyć tego zawodu młodych ludzi, sądzę, że niezbędna będzie mi do tego szeroko pojęta wiedza z dziedziny pedagogiki, psychologii, a nawet psychoterapii. Uważam, że każdy młody człowiek, który trafia do szkoły teatralnej, ma gdzieś w sobie głęboko zakorzenione powody, które taki a nie inny kierunek kazały wybrać. Są one oczywiście mniej lub bardziej świadome. Myślę jednak, że częściej mniej świadome. Pedagog powinien umieć tę świadomość zgłębić.

Ostatnią twoją premierą teatralną było przedstawienie Matki i synowie Terrence’a McNally’ego w Teatrze Polonia w reżyserii Krystyny Jandy. To odważny (jak na polskie warunki) i ważny spektakl, poruszający kwestie par homoseksualnych i wychowywania przez nie dzieci. Czy społeczeństwo jest już gotowe, aby zmierzyć się z wciąż u nas  kontrowersyjnym tematem?

Jak najbardziej! Uważam, że powinniśmy już dawno uwrażliwiać się na takie tematy. Teatr jest medium, które powinno mówić o sprawach kontrowersyjnych i o tematach tabu. Może gdybyśmy my jako społeczeństwo wcześniej stawili czoła niewygodnym tematom, bylibyśmy teraz o wiele mądrzejsi, bardziej tolerancyjni i wrażliwi. Mam ogromną nadzieję, że dzięki temu spektaklowi, dzięki Teatrowi Polonia i pani Krystynie Jandzie niektórzy inaczej spojrzą na wypierane przez siebie „niewygodne” tematy.

Grasz Mike’a, którego były partner – Andre zmarł na AIDS. Jego matka Katharine (Krystyna Janda) nie akceptowała homoseksualizmu syna, nie była przy nim w czasie choroby i nadal jest homofobką. Pewnego razu niezapowiedziana przyjeżdża do Michaela. Zastaje mężczyznę, który ułożył sobie życie z nowym partnerem (mężem! – w tej roli Antoni Pawlicki). To kameralny spektakl, obnażający bezlitośnie nasz brak tolerancji. W jaki sposób przygotowywałeś się, żeby wiarygodnie przedstawić na scenie postać Michaela Portera?

Przede wszystkim podszedłem do tego tematu całkowicie przez siebie, co może zabrzmieć frapująco, ponieważ nie jestem homoseksualistą. Nie dzieliłem miłości na heteroseksualną i homoseksualną. Uznałem, że miłość jest czymś tak uniwersalnym, że granie miłości mężczyzny do mężczyzny nie może być w żaden konkretny sposób nacechowane innością. Wiarygodność polega na całkowitej naturalności i normalności. Dzięki temu, ludzie będą mogli dostrzec, że dwóch kochających się mężczyzn nie musi kojarzyć się ze stereotypową wizją gejów, którą znaczny procent naszego społeczeństwa ma w swoich głowach. Chciałem pokazać mężczyznę z krwi i kości, który ma swoje uczucia, wrażliwość, dojrzałość i potrafi kochać jak każdy inny człowiek.

To twoje trzecie zawodowe spotkanie z Krystyną Jandą. Jak pracuje się z tą wybitną aktorką?

Moim głównym założeniem, które pozwoliło mi emocjonalnie zapanować nad sobą i swoim stresem, było to, że muszę tę wybitną aktorkę potraktować jako swojego scenicznego partnera. Takiego jak każdy inny partner. Wartością takiego spotkania jest oczywiście to, że mogę się od niej uczyć, bo w tym zawodzie wielką rolę odgrywa obserwacja. W tym wypadku myślę, że również nauczyłem się wielu nowych rzeczy, o których wolałbym jakoś specjalnie nie mówić, bo przecież to jest bardzo cenny i tajemniczy skarbczyk każdego aktora. Spotkanie wspaniałe, podczas którego praca pozbawiona jest stresu, poczucia błądzenia, bo Krystyna Janda doskonale wie, jaki efekt chce uzyskać na scenie. Kiedy miałem wątpliwości i obawy co do swojej pracy, powtarzałem sobie w głowie: „zaufaj reżyserowi, jeśli coś będzie nie tak, na pewno ci powie”. Każdemu życzę spotkania z takim reżyserem i z takim partnerem scenicznym.

Dużo pracujesz w dubbingu. Z bazy internetowej na filmweb.pl wynika, że podłożyłeś głos do prawie dwustu filmów i seriali nie tyko animowanych. Masz również spory dorobek w Teatrze Polskiego Radia. Niedawno wyreżyserowałeś i adaptowałeś dla radia Aktorstwo. Sześć pierwszych lekcji Ryszarda Bolesławskiego. W obsadzie znaleźli się Anna Seniuk, Anna Cieślak i Mariusz Benoit. Dlaczego twój wybór tekstu padł na podręcznik do nauki aktorstwa?

Jak wspomniałem wcześniej, jestem asystentem prof. Seniuk w Akademii. Pedagogika, nauczanie tego zawodu zawsze sprawiało mi wewnętrzną satysfakcję. Nie wiem, czy jestem do końca gotowy, czy wiem na tyle dużo, aby móc tę wiedzę w sposób odpowiedzialny przekazywać dalej, dlatego cały czas szukam. Jednym z takich źródeł jest właśnie książka Bolesławskiego, która opowiada o aktorstwie. Mało kto wie, ale to ten człowiek kładł podwaliny szkolnictwa aktorskiego w Stanach Zjednoczonych. To u niego uczył się Lee Strasberg. W książce wspaniale opisane jest, jaki to wymagający zawód, jak trudno wspinać się po ścieżce zawodowej doskonałości, ile kosztuje każdego z nas, aby stać się dobrym aktorem. Ludzie często myślą, że aktorstwo wiąże się z nauczeniem tekstu na pamięć, wyjściem na scenę i w sposób wyraźny i głośny wypowiedzeniem go przed widzem. Niewielu ludzi spoza tego środowiska zdaję sobie sprawę, jak psychicznie kosztowny jest to zawód i ilu wymaga wyrzeczeń. Stąd ten wybór. Mam nadzieję, że dzięki temu słuchowisku ludzie spojrzą z większym szacunkiem na zawód aktora.

Jakie masz plany zawodowe na najbliższą przyszłość?

Przede wszystkim czekam na kolejne propozycje, które mam nadzieję posypią się lawinowo! (śmiech) Staram się być optymistą i nawet nie zakładam innej opcji. Potrzebuję też wakacji,  bo ostatnie kilka miesięcy było dla mnie bardzo męczące. Udam więc, że tego ostatniego pytania po prostu nie było (śmiech).

Niech i tak zatem będzie. Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Rozmawiał: Ryszard Abraham

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 + six =