Ryszard Abraham: Spotkania – rozmowa z Mateuszem Weberem

17 maja 2017
Mateusz Weber/fot. David Tejer

Mateusz Weber/fot. David Tejer

Ryszard Abraham: Pochodzisz z Konina, miasta, które nie posiada zawodowego teatru, ale za to jest tam dużo domów kultury, kin i galerii. Brałeś czynny udział w życiu kulturalnym Konina?

Mateusz Weber: Od tego się zaczęło. Na pierwsze konkursy recytatorskie w okresie gimnazjum wysyłała mnie Magdalena Lisowska, moja polonistka. W tym samym czasie  grono pedagogiczne mojej szkoły wpadło na pomysł przeniesienia przedstawienia Romeo i Julia z Teatru Buffo w Warszawie na warunki sceniczne Konina. Dostaliśmy zgodę od Janusza Józefowicza i Janusza Stokłosy. Miałem przyjemność zagrać Romea w tym spektaklu. wtedy też rozpoczęła się moja przygoda ze śpiewem. W początkowej wersji konińskiej adaptacji planowano wykorzystać oryginalne nagrania piosenek z warszawskiego przedstawienia, co dla nas, młodych wykonawców, sprowadzałoby się do tzw. ruszania ustami w rytm odtwarzanych z playbacku piosenek. Na szczęście zrezygnowano z tego pomysłu. Spektakl zagraliśmy w Domu Kultury Oscard, a w roli Julii partnerowała mi Patrycja Wodzyńska, która również zajęła się aktorstwem. Potem były różnego rodzaju projekty teatralne, muzyczne i recytatorskie na terenie mojego miasta. Oprócz tego angażowałem się w sprawy społeczne i samorządowe, co również sprawiało mi satysfakcję.

Pomysł, żeby zostać aktorem, zrodził się po przedstawieniu Romeo i Julia?

Już wcześniej ta myśl nieśmiało kiełkowała w mojej głowie. Mój ojciec miał duszę artystyczną: śpiewał piosenki, uczył mnie recytować wiersze. Z kolei moja babcia do ostatnich chwil swojego życia opowiadała rymowanki. Z tego co pamiętam, to jako mały chłopiec myślałem o zawodzie kucharza, specjalisty od public relations a nawet… komandosa (śmiech).

Czy to, że pochodzisz z prowincji, ma jakiś wpływ na twoje życie zawodowe? Myślisz, że byłbyś innym człowiekiem/aktorem, gdybyś wychował się w Warszawie?

Uważam, że to, co nas kształtuje, to są spotkania z ludźmi i sytuacje, których dzięki nim doświadczamy. Zawsze otaczałem się bardzo różnorodnym gronem znajomych. Należałem do harcerstwa, gdzie nauczyłem się empatii, akceptacji i otwartości na innych. Wiele moich przyjaźni zawiązanych w  szkole podstawowej czy liceum przetrwało do dziś. Potem była przygoda z amatorskim ruchem teatralnym, etc. Nie ma znaczenia to, gdzie się urodziłeś, tylko jakimi ludźmi się otaczasz.

Konin jest obecnie mocno reprezentowany w stolicy. Oprócz ciebie jest Edyta Olszówka, Szymon Bobrowski, Daniel Zawadzki i piosenkarka Reni Jusis. Czy wy się w ogóle znacie? Kontaktujecie ze sobą? Wasze rodzinne miasto jakoś łączy was w stolicy?

Miałem okazję poznać na planie filmowym Szymona Bobrowskiego, którego rodzice znają moją mamę. W trakcie rozmowy okazało się, że skończyliśmy to samo liceum. Oprócz osób przez ciebie wymienionych jest jeszcze Jan A.P. Kaczmarek – laureat Oscara za muzykę do filmu Marzyciel i Klaudia Szafrańska – wokalistka zespołu Xxanaxx, specjalizującego się w muzyce elektronicznej. Ostatnio do tego grona dołączył tegoroczny absolwent krakowskiej PWST – Patryk Czerniejewski, który dzielnie radzi sobie w produkcjach telewizyjnych.

W jaki sposób przygotowywałeś się do egzaminów wstępnych na wydział aktorski?

Nawiążę do tego, co powiedziałem wcześniej, czyli: spotkanie odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Ma to ogromne znaczenie. Do restauracji prowadzonej przez moich rodziców przyjeżdżał Jerzy Wolniak, który był dziekanem w łódzkiej Szkole Filmowej. Moja mama zapytała go (wiedząc, że daje on korepetycje, o czym sam wspominał), czy nie zechciałby mnie przesłuchać. Zacząłem przygotowania w listopadzie, a egzaminy wstępne były w czerwcu następnego roku. Co sobotę jeździłem na cały dzień na konsultacje. Na wydział aktorski dostałem się za pierwszym podejściem, po siedmiu miesiącach intensywnych przygotowań.

Jak wspominasz czas spędzony w Akademii Teatralnej?

Byłem bardzo zaskoczony, gdy zobaczyłem swoje nazwisko na liście przyjętych, ponieważ nie byłem zbytnio zadowolony ze swoich występów przed komisją. Pomyślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. W samej szkole nawiązałem wiele przyjaźni, spotkałem się z fantastycznymi pedagogami, takimi jak Mariusz Benoit czy Łukasz Lewandowski. Akademia Teatralna kojarzy mi się z Hogwartem, w którym nauczają wielkie osobowości zarówno z dziedziny teorii, jak i praktyki.

Po skończeniu Akademii zostałeś etatowym aktorem stołecznego Teatru Dramatycznego. Jak doszło do twojego angażu?

Po skończeniu ostatniego roku studiów mój przyjaciel Piotr Piksa dostał etat w Teatrze Narodowym. Zmobilizowało mnie to do zaniesienia swojego CV do kilku stołecznych teatrów, w tym również do Teatru Dramatycznego. Oczywiście, w wielu przypadkach skończyło się na zostawieniu dokumentów w sekretariacie, bo dyrektorzy artystyczni zazwyczaj nie umawiają się na rozmowy z absolwentami szkół teatralnych. Pewnego dnia otrzymałem telefon od Wawrzyńca Kostrzewskiego z propozycją zagrania roli w Rzeczy o banalności miłości Savyony Liebrecht. Chwilę wcześniej Tadeusz Słobodzianek był na moim przedstawieniu dyplomowym Harce młodzieży polskiej w reżyserii Remigiusza Brzyka w Teatrze IMKA. Kiedy Wawrzyniec przedstawił mu swoją sugestię obsadzenia mnie w tym przedstawieniu, dyrektor nie wyraził sprzeciwu. I tak już zostałem.

Debiutowałeś na zawodowej scenie rolą Michaela – studenta przeprowadzającego wywiad z Hanną Arendt w Rzeczy o banalności miłości. Następnie była rola Władimira Rode w Trzech siostrach w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej. Wolisz grać w sztukach współczesnych czy bliższa ci jest klasyka literatury? Pytam, ponieważ widzę w twoim dorobku przewagę klasyki nad współczesnością.

Małe sprostowanie. Moim debiutem scenicznym było przedstawienie Marcina Przybylskiego Gran Operita w Teatrze Współczesnym, gdzie zostałem na II roku studiów zaproszony do zagrania zastępstwa. Każda rola jest wyzwaniem, a materiał literacki pretekstem do jej przedstawienia. Mam wrażenie, że to, co dotychczas zagrałem w Teatrze Dramatycznym, to bardzo różnorodne postacie, które oparły się schematyzmowi.

Czy są jakieś bariery, których nie przekroczyłbyś, z różnych względów, na scenie?

Przede wszystkim muszę mieć motywację do działania i poczucie bezpieczeństwa przy tworzeniu. Jeżeli mam wątpliwości, to proszę reżysera czy kolegów, aby pomogli mi je rozwiać, ponieważ nie zgadza mi się to z przebiegiem emocjonalnym postaci, którą gram.

Najbardziej cenię twoją rolę Chrisa Kellera we Wszystkich moich synach. Czy ze wszystkich siedmiu ról zagranych dotychczas w Teatrze Dramatycznym masz swoją ulubioną?

Zawsze ciepło myślę o przedstawieniu Rzecz o banalności miłości. To było fantastyczne spotkanie z Haliną Skoczyńską. Można to przyrównać do partii szachów: młody, niedoświadczony aktor stawał do pojedynku z prawdziwą diwą teatralnej sceny. Większość scen w przedstawieniu to właśnie nasze dialogi. Tam nie było efektów specjalnych, tylko słowa i emocje. Zdarzały się niesamowite przebiegi, bo Halina nagle inaczej zaczęła rozmowę i trzeba było być czujnym, żeby wpasować się do sytuacji. I my naprawdę potrafiliśmy znaleźć wspólny język na scenie. Nigdy na końcu przedstawienia nie było zwycięzcy, bo my razem wygrywaliśmy ten mecz.

Często współpracujesz z Wawrzyńcem Kostrzewskim. Zagrałeś w trzech reżyserowanych przez niego przedstawieniach: Rzecz o banalności miłości, Wszyscy moi synowie, Wizyta starszej pani oraz w spektaklu Teatru Telewizji Listy z Rosji. Czy to przypadek, że akurat tyle razem pracujecie, czy artystyczna przyjaźń?

Zdecydowanie artystyczna przyjaźń. Spotykasz czasami na swej drodze ludzi, z którymi czujesz totalne zrozumienie i zgadzasz się całkowicie z ich wizją artystyczną. Tak jest w tym przypadku.

Absolutnym przebojem jest przedstawienie Cabaret Johna Kandera w reżyserii Eweliny Pietrowiak, w którym grasz Cliffa Bradshawa. Ta postać trochę różni się od filmowej wersji prezentowanej w kultowym filmie Boba Fossa. To celowy zabieg?

Zacząłbym od tego, że scenariusz filmu i wersja sceniczna tego samego tekstu to dwa trochę różne materiały literackie. W filmie moją postać gra Michael York i tam jest bardziej obrazowo, a czasami dobitniej ukazana złożoność jego osoby. Po prostu Bradshaw został bardziej wyeksponowany jako bohater i zapewne lepiej widać np. jego biseksualizm, który w przedstawieniu Eweliny został zaznaczony tylko dwiema sytuacjami. Ale tak wygląda adaptacja sceniczna Cabaretu na podstawie Pożegnania z Berlinem Christophera Isherwooda. W przedstawieniu postawiono akcent na inne tematy i zagadnienia niż w filmie.

Nestor polskiej sceny i kronikarz życia teatralnego stolicy – Witold Sadowy, napisał w swojej książce: „Aktorstwo to wspaniały zawód, ale i okrutny. Trzeba być twardym i odpornym na ciosy, które nam zadają ze wszystkich stron. Nie zawsze talent decyduje o sukcesach, częściej spryt, koneksje i umiejętność chodzenia koło spraw. Nie wszyscy to potrafią. Dlatego pozostają niezauważeni. Nawet ci najbardziej utalentowani”[1]. Natomiast w książce Barbary Osterloff i Mai Komorowskiej Pejzaż Agnieszka Glińska wspominała, że na pierwszym roku studiów Komorowska powiedziała studentom: „pamiętajcie, to jest bardzo niebezpieczny zawód”. I dalej Glińska mówi: „Dopiero po pewnym czasie zrozumiałam, co to znaczy: zawód, który ma niehigieniczne proporcje zajmowania się sobą; niezdrową koncentrację na sobie samym. Myślę, że ona sobie to szybko uświadomiła i uczyła nas, że trzeba pielęgnować w sobie potrzebę zajmowania się innymi, że w życiu jest wiele rzeczy ważniejszych niż teatr”[2]. Po tych kilku latach pracy w teatrze, czym jest dla ciebie aktorstwo? Powołaniem, misją czy tylko zawodem?

Uwielbiam to, co robię, mam dużo satysfakcji z pracy w teatrze, nie mam presji zrobienia wielkiej kariery ani zarobienia ogromnych pieniędzy. Z wielką radością przychodzę do Teatru Dramatycznego, bo tworzymy zgrany zespół – począwszy od pani na recepcji, a na dyrektorze kończąc. Jeżeli miałbym pokusić się o jakąś klasyfikację to powiedziałbym, że jest to powołanie, zawód i dobra zabawa.

Masz rolę, o zagraniu której marzysz?

Nie, to nie jest kwestia moich marzeń. Każda rola jest wyzwaniem, a im dalej odbiega od moich warunków, tym lepiej. Lubię postacie mroczne, z tajemnicą, z zagmatwaną osobowością, tragiczną przeszłością. Takie chciałbym grać.

W 2014 roku w konkursie Pamiętajmy o Osieckiej twoja interpretacja Piosenki o Zielińskiej Miłość biuralisty przyniosła ci nagrodę publiczności. Dwa lata wcześniej zaśpiewałeś na 33. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Mimo sukcesów wokalnych, mam wrażenie, że działalność estradowa stanowi margines twojej twórczości. Nie słyszałem o tym, żebyś przygotowywał recital.

Czasami śpiewam w przedstawieniach, ale chyba tego nie zauważyłeś (śmiech). Nie czuję się na tyle pewnie wokalnie, aby już mieć gotowy repertuar na płytę. W tej chwili jestem na etapie, w którym podoba mi się to, co tworzy Kamil Maria Banasiak w duecie z Jerzym Derflem w Kabarecie Dodo i staram się sprostać wymaganiom stawianym przez nich w tym programie.

Ostatnią twoją premierą teatralną był Sługa dwóch panów Goldoniego w reżyserii Tadeusza Bradeckiego, gdzie wcieliłeś się w rolę Sylvio oraz zagrałeś w Kabarecie Dodo. Jakie masz plany zawodowe na najbliższe miesiące?

Rozpoczęliśmy próby do przedstawienie Kinky Boots w reżyserii Eweliny Pietrowiak, którego premiera odbędzie się w lipcu. Zaś co do Kabaretu Dodo, to jest to bardzo twórcza grupa ludzi o inteligentnym, literackim poczuciu humoru, które subtelnie i z finezją przenosi na papier Banasiak.

Rozmawiał: Ryszard Abraham

 

Mateusz Weber (ur. 1990) – Aktor. Absolwent Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie (2013). Współpracował z warszawskimi teatrami: Powszechnym im. Z. Hübnera (MP4 w reż. M. Benoit), Współczesnym (Gran Operita wg scenariusza i w reż. M. Przybylskiego), IMKA (Harce młodzieży polskiej T. Śpiewaka w reż. R. Brzyka), 6. Piętro (Bromba w sieci M. Wojtyszki). W Teatrze Telewizji wystąpił w Pamiętniku pani Hanki wg T. Dołęgi-Mostowicza w reż. B. Lankosza. Od 2014 w zespole Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy. Ma na swoim koncie role filmowe i telewizyjne.


[1]Witold Sadowy, Teatr, wspomnienia zza kulis, Warszawa 1994, s. 68.

[2] Łukasz Maciejewski, Aktorki. Portrety, Kraków 2015, s. 193-4.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 + 11 =