Ryszard Abraham: Szczęście

15 lutego 2016

Rozmowa z pianistą, kompozytorem i wykładowcą warszawskiej Akademii Teatralnej MATEUSZEM DĘBSKIM

fot. Vova Makovskyi

fot. Vova Makovskyi

Ryszard Abraham: Posiadasz gruntowne wykształcenie muzyczne, zarówno praktyczne jak i teoretyczne: Państwowa Podstawowa Szkoła Muzyczna nr 1 im. Emila Młynarskiego (specjalność: fortepian i klarnet), XL Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Żeromskiego (profil: artystyczno-kulturowy), Państwowa Szkoła Muzyczna II stopnia im. Fryderyka Chopina – Wydział Instrumentalny (specjalność: klarnet) oraz Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina – Wydział Kompozycji, Dyrygentury i Teorii Muzyki (specjalność: kompozycja). Czujesz się bardziej kompozytorem czy pianistą?

Mateusz Dębski: Chyba po prostu czuję się muzykiem. Na początku moim głównym instrumentem był fortepian. Następnie w szkole średniej ćwiczyłem grę na klarnecie, aby ostatecznie zdecydować się na studia kompozytorskie w Akademii Muzycznej. W związku z tym nominalnie posiadam wyuczony zawód kompozytora, aczkolwiek w praktyce, fortepian towarzyszył mi od zawsze i w ostatnich latach dzielę te dwie specjalności, w zależności od zapotrzebowania. Był taki okres, że przez długi czas głównie pracowałem jako pianista. Kiedy zdawałem na kompozycję mając lat osiemnaście, mój przyszły jak się okazało profesor Marcin Błażewicz ostrzegał mnie, że kompozytor jest jednym z najbardziej samotnych zawodów na świecie (obok malarza, pisarza i jeszcze kilku jak kosmonauta i pracownik stacji badawczej na Antarktydzie – choć nie tak odpowiedzialny). Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, jak wielką trzeba mieć determinację, imperatyw wewnętrzny, który każe codziennie rano wstawać i pisać muzykę od ósmej do szesnastej. To bardzo trudne i samotne. Nigdy nie chciałem zapominać o tym spoiwie między kompozytorem a publicznością, którym jest wykonawca. Zawsze dobrze czułem się w tej roli. Dziś, mimo iż nie zostałem pianistą klasycznym i nie grozi mi udział w międzynarodowym konkursie chopinowskim, to pracuję jako akompaniator, pedagog, pianista i aranżer. Czuję, że te zawody łączą się i uzupełniają.

Odnoszę wrażenie, że kompozycja i fortepian wyparły klarnet. Nie przypominam sobie, żebym widział cię kiedyś grającego na tym instrumencie.

Nie chcę wyręczać moich znakomitych kolegów klarnecistów i lepiej byłoby dla słuchaczy, żebym już z niego publicznie nie korzystał (śmiech). Aczkolwiek wiedza o instrumencie dętym drewnianym przydała mi się w instrumentacji, orkiestracji i kompozycji, ponieważ znam możliwości grupy instrumentów dętych i ich aspekty wykonawcze.

Zajmujesz się zarówno utworami popularnymi jak i komponujesz utwory chóralne, kameralne, symfoniczne, grałeś w big-bandzie jazzowym i zespole muzyki improwizowanej. Łatwo odnajdujesz się w różnych stylach i konwencjach. Z premedytacją, nie chcąc ograniczać się do jednego gatunku, próbujesz różnych estetyk czy szukasz swojego miejsca w muzyce?

Szukam inspiracji w różnych źródłach, technikach i estetykach muzycznych. Dobrze czuję się balansując między konwencjami. Nie chciałbym ograniczać się do jednego gatunku czy stylu. Nie jestem również zwolennikiem dokonywanej na siłę klasyfikacji muzyki na tzw. poważną i rozrywkową. Parafrazując Pawła Mykietyna: jak się zastanowić, to co poważnego było w serenadach i divertimentach Mozarta, a co rozrywkowego w piosenkach Czesława Niemena napisanych do wierszy Norwida jak np. Marionetki czy Bema pamięci żałobny rapsod? Obrałem ascendentalny kierunek mojego rozwoju muzycznego i dzięki temu robię coraz ciekawsze eksperymenty. W Iluminacjach użyłem fortepianu amplifikowanego z elementami preparacji. Nie zapominam o konotacjach z muzyką współczesną, o niekonwencjonalnych sposobach wydobycia dźwięku z instrumentu. Moją ideą jest korzystanie z muzyki przeszłości i trawestowanie jej na nowy sposób.

Jak rozpoczęła się współpraca absolwenta Akademii Muzycznej z Akademią Teatralną?

Już w czasie moich muzycznych studiów, byłem co jakiś czas zapraszany jako akompaniator do festiwalowych lub egzaminacyjnych pokazów przez studentów Akademii. Wówczas również rozpocząłem komponowanie muzyki teatralnej, która zaczęła być wykorzystywana przez studentów i pedagogów. Pod koniec studiów współpracowałem już z wydziałem reżyserii. Momentem przełomowym był mój udział w egzaminie złożonym z piosenek MarianaHemara, którego opiekunem był prof. Andrzej Strzelecki. I chyba wypadł on dobrze, bo kiedy zwolniło się miejsce akompaniatora na zajęciach u Ewy Bułhak, to mi zaproponowano te posadę. Tak się zaczęła moja współpraca.

Teraz jesteś już profesorem…

Nie profesorem tylko szeregowym wykładowcą, ale mam nadzieję, że za niedługo doktorem (śmiech). To ogromnie cenne i inspirujące doświadczenie pracować z ludźmi młodymi, choć właściwie tak niewiele młodszymi ode mnie. To daje ogromną satysfakcję. Pracujemy nad interpretacją piosenki, nad spektaklami warsztatowymi, dyplomowymi. Zacząłem wykładać swoje własne przedmioty muzyczne, autorskie przedmioty teoretyczne, umuzykalnienie, solfeż. Sam bardzo wiele się tam uczę.

Tu poznałeś też osoby, które decydująco wpłynęły na rozwój twojej kariery.

Kariera to może za wielkie słowo, ale na pewno poznałem osoby, które znacząco wpłynęły na rozwój mojego postrzegania sztuki. Marcin Jarnuszkiewicz nauczył mnie czym jest pojęcie piękna w teatrze, na czym polega zwolnienie tempa, uświadomił potęgę prostych środków wyrazu w teatrze lalkowym w opowiadaniu o rzeczach absolutnie najważniejszych. Czasem trzeba musnąć napiętą strunę, pozwolić jej drgać i zobaczyć co będzie się działo. Andrzej Domalik uzmysłowił mi, jak ważna jest psychologia, analiza i rozumienie tekstu w teatrze. Swoimi celnymi spostrzeżeniami dał mi niesamowitą pożywkę intelektualną. Dzięki współpracy z Teatrem Ateneum poznałem Wojciecha Kościelniaka, który nauczył mnie czym jest dyscyplina i ciężka praca. Wiele nazwisk mógłbym jeszcze wymienić.

Twój ojciec i siostra są aktorami. Ty sam miewasz mezalians z X Muzą i Melpomeną: wystąpiłeś w kilku serialach, obecnie grasz w  Maria Callas. Master Class w Och-Teatrze. Nie chciałeś zostać zawodowym aktorem?

Nie, gdyż wiem jak trudny to zawód i zawsze byłem świadom braku pewnych swoich predyspozycji do jego wykonywania. Jako dziecko lubiłem zamiast do przedszkola chodzić na próby teatralne mojego ojca w Teatrze Miejskim w Gydni, gdzie podpatrywałem za kulisami co się wyprawia na scenie. Zawsze mnie magia teatru interesowała. Mariaż z aktorstwem przeżyłem jako dziecko i nastolatek. Mając lat siedem wystąpiłem w teatrze telewizji w Niebieskim Ptaku wg Maurice Maeterlincka w adaptacji Marcina Jarnuszkiewicza. Mimo iż udało mi się bardzo wcześnie zakosztować pracy przed kamerą i zorientować się na czym polega specyfika pracy aktora, to w porę zdałem sobie sprawę, że lepiej zająć się tym, co najlepiej mi wychodzi, czyli muzyką.

Osobnym rozdziałem w twoim życiu artystycznym jest Kabaret Macież, w którym występowałeś wespół m.in. z Olgą Sarzyńską, Adamem Młynarczykiem, Marcinem Sitkiem i Mateuszem Grydlikiem. Skąd pomysł na dołączenie do grupy kabaretowej?

Będąc na I roku studiów w Akademii Muzycznej byłem na wyjeździe integracyjnym szkół artystycznych, który odbywał się w Krakowie. Wtedy poznałem założony przez studentów Akademii Teatralnej Kabaret Macież. Ta grupa poetycka i kabaret literacki została założona przez Mateusza Grydlika, który zaprosił mnie do stałej współpracy jako pianistę i kompozytora. Po odejściu Pawła Ciołkosza objąłem jego obowiązki sceniczne i była to moja kolejna przygoda z quasi-aktorstwem. Z Kabaretem Macież wygraliśmy kilka festiwali i przeglądów m.in. zdobyliśmy Grand Prix XXV Przeglądu Kabaretów PaKa w Krakowie w 2009 roku. Na marginesie dodam, że było to pierwsze Grand Prix po sześcioletniej przerwie w przyznawaniu tego wyróżnienia. Dużym sukcesem okazała się premiera programu Aktorzy nie prowincjonalni w Centralnym Basenie Artystycznym. Napisaliśmy kilka programów Piraci Eteru dla I Programu Polskiego Radia, współpracowaliśmy z Teatrem Polskiego Radia.

Nie mam zupełnie słuchu muzycznego. Tragiczne dźwięki, jakie z siebie z przyjemnością wydaję, nadają się jedynie to prezentacji w łazience lub przed gronem zaufanych przyjaciół. Czy każdego można nauczyć śpiewać?

Z pewnymi predyspozycjami słuchowymi się rodzimy, aczkolwiek słuch można wykształcać i najlepiej zrobić to do siedemnastego, najpóźniej osiemnastego roku życia. Jeżeli chodzi o śpiew, to jesteśmy niewolnikami instrumentu jakim dysponujemy, ale również i go możemy rozwijać. Znam przykłady osób, które podczas egzaminów wstępnych były klasyfikowane jako absolutnie niesłyszące. A po dwóch latach okazywało się że z powodzeniem śpiewają. Wolę pracować z aktorami śpiewającymi niż z typowymi wokalistami, bo aktorzy wiedzą o czym śpiewają i może właśnie dzięki temu technika nie ma tak dużego znaczenia, kiedy odpowiednio wydobywa się sens ukryty w słowach. Jeżeli ktoś wie o czym śpiewa, to może śpiewać, cała reszta jest do dopracowania. Piosenka jest monologiem śpiewanym, teatrem jednego aktora.

W tym roku akademickim otworzono w Akademii Teatralnej wydział wokalno-aktorski. Zastanawiam się (i nie tylko ja) po co? Studenci kierunku dramatycznego mają dużo zajęć z piosenki i tańca, posiadają umiejętności umożliwiające im wykonywanie zawodu w teatrze muzycznym. Szkoły teatralne to fabryki potencjalnych bezrobotnych i dotyczy to wszystkich kierunków z reżyserią i wiedzą o teatrze na czele. Patrząc na statystyki i  ilość etatów jakie zdobywają absolwenci, to ponad połowa studentów z każdego rocznika w kilka lat po opuszczeniu szkoły nie ma nic wspólnego z wyuczonym zawodem. Konieczny był ten nowy wydział?

Gwoli wyjaśnienia: to nie jest wydział, tylko kierunek: Aktorstwo Teatru Muzycznego. Wszystkie zawody artystyczne są profesjami o podwyższonym ryzyku i realnej groźbie braku pracy. Wiele czynników wpływa na to, czy dana osoba będzie wykonywać wyuczony fach. Talent jest tylko jednym z nich. Obecnie mamy nadmiar zarówno aktorów, reżyserów, krytyków teatralnych, muzyków, plastyków, fotografów, operatorów, scenografów, grafików komputerowych, pisarzy nie mogących wydać swych powieści etc. Wierzę, że ludzie studiujący w Akademii Teatralnej mają tego świadomość. Wracając do pytania. Ten nowy, eksperymentalny kierunek ma być swoistym wypełnieniem luki w edukacji aktorstwa przystosowanego do pracy w teatrach muzycznych w Polsce Centralnej. W naszym kraju mieliśmy dotychczas trzy miejsca, w którym kształcono aktorów wokalistów: Państwowe Studium wokalno-aktorskie im. Danuty Baduszkowej w Gdyni i musical w Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz kierunek wokalno-aktorski w PWST w Krakowie. Na razie jesteśmy po pierwszej rekrutacji. Naszym naczelnym zadaniem jako pedagogów jest nie dopuszczenie do zunifikowania tych obu kierunków (aktorskiego i wokalno-aktorskiego), żeby nie powstało „aktorstwo bis”. Ma to być kierunek ultra specjalistyczny.

Dzięki popularnym programom telewizyjnym takim jak Twoja twarz brzmi znajomo czy Voice of Poland wzrosło zainteresowanie piosenką. Jest wiele konkursów i przeglądów dla wszystkich chcących sprawdzić swoje umiejętności. Czy Polacy to muzykalny naród?

Raczej średnio muzykalnym, prawdę mówiąc, za to z dużym zapałem (śmiech). Dowody można usłyszeć w kościołach, na stadionach czy podczas uroczystości państwowych, kiedy hymnu nie potrafimy czysto zaśpiewać. Jest to efektem niedostatecznej edukacji muzycznej prowadzonej jedynie na poziomie szkoły podstawowej i gimnazjum. Doprowadziło to do zaniku kultury muzycznej, objawiającej się słabym zainteresowaniem muzyką poważną i współczesną. Telewizyjne show, owszem budzą zainteresowanie, ale najczęściej są reżyserowaną ucztą dla publiczności, której beneficjenci w postaci startujących, krótko cieszą się korzyściami zeń wypływającymi.

Komponujesz muzykę dla teatru, akompaniujesz, przygotowujesz wokalnie wykonawców, aranżujesz, bywasz kierownikiem muzycznym, piszesz teksty. Nie zauważyłem w twoim dorobku, abyś skomponował piosenkę. Bierzesz udział jako muzyk w wielu koncertach i recitalach, ale kompozycji dla Januszkiewicza i Sikory nie napisałeś!

Masz prawo nie znać tych piosenek. Kilka utworów skomponowałem dla Kabaretu Macież np. Song o moralności  i dla potrzeb przedstawień teatralnych. Właśnie wspólnie z Marcinem Hycnarem i z naszymi studentami pracujemy nad piosenką przewodnią do przedstawienia dyplomowego.

Jak współpracuje się z Krystyną Jandą?

Wspaniale, to wybitna aktorka. Obcowanie z nią wzbogaca człowieka o szereg niezwykłych spostrzeżeń dotyczących zawodu. Sama współpraca przebiegała znakomicie. Na początku byłem onieśmielony. Ja – z zawodu muzyk – zostałem postawiony na scenie obok najwybitniejszej polskiej aktorki i oprócz zagrania kilku utworów na fortepianie, musiałem z wejść z nią w małe sceny dialogowe. Dzięki czujnej i dyskretnej pomocy Andrzeja Domalika to się udało. Nie ukrywam, że jest to dla mnie wyróżnienie. Jako kompozytor na pewno jeszcze skomponuje wiele utworów, zagram mnóstwo koncertów, ale takiej przygody nie przeżyję już nigdy. Bardzo się cieszę, że miałem taką szansę. Podpatrywanie pani Krystyny na próbach jak pracuje, szuka, błądzi, pokonuje kolejne szczeble swojej roli, koncentruje się, z jaką łatwością żongluje swoimi niebywałymi środkami wyrazu aktorskiego może być inspiracją dla każdego, nie tylko aktora. Podczas przedstawienia, kiedy gasną światła na scenie i widowni i pani Krystyna rozpoczyna swoje wielkie monologi, to czuję się jak jeden ze studentów Marii Callas w Juilliard School w 1971 roku. Ostatnio rozmawialiśmy z Martą Wągrocką (studentka III roku WA, która występępuje w Callas w roli Sophii de Palmy), że za każdym razem wzruszamy się na monologach pani Krystyny.

Joanna Maria Kuś (ze spektaklu z Krystyną Jandą)

Joanna Maria Kuś (ze spektaklu z Krystyną Jandą)

W marcu będzie miał premierę spektakl dyplomowy IV roku Wydziału Aktorskiego w reżyserii Marcina Hycnara pt. Opowieści o zwyczajnym szaleństwie Petra Zelenki, do którego komponujesz muzykę. Jak wygląda twój proces twórczy w przypadku tworzenia muzyki do przedstawienia i jak układa się relacja kompozytor – reżyser?

Przede wszystkim to ja mam szczęście, pracować ze znakomitymi reżyserami: Domalik, Jaruszkiewicz, Hycnar. Są świetnie przygotowani i nie ograniczają mnie jako kompozytora. Moją praideą jako kompozytora jest to, o czym mówił Witold Lutosławski i pisał Roman Ingarden w swych rozważaniach o prawdzie w sztuce: twórca powinien tworzyć w zgodzie z wyznawaną przez siebie estetyką, a więc powinien dawać rzetelne świadectwo swej wewnętrznej prawdzie. Muzyka teatralna to dość specyficzny temat. Teatr daje możliwość synkretyzmu w sztuce, łączenia tego co piękne: muzyki, obrazu, dźwięku i słowa. Mnie interesuje supremacja tych elementów. Zawsze miałem predylekcje do łączenia różnych dziedzin i stylów. Staram się przede wszystkim najpierw zrozumieć tekst, później na podstawie pewnych założeń reżysera oddać pewną myśl, ideę, osiągnąć pewnego rodzaju przestrzeń, uzyskać atmosferę, która byłaby koherentna z tym, co dzieje się na scenie. Z Marcinem Hycnarem świetnie się dogadujemy i znamy, co zawsze pomaga. Marcin bardzo dużo wie na temat wszystkich postaci, które występują w sztuce przez siebie reżyserowanej. Jako że sam jest wybitnym aktorem, umie swobodnie posługiwać się językiem teatru i potrafi rozmawiać z aktorami.

Barbara Krafftówna zapytana przez Remigiusza Grzelę, którą z piosenek, jakie śpiewała ceni najbardziej, przerwała mu w pół zdania oznajmiając: Wszystkie, wszystkie. Nawet mi do głowy nie przychodzi, żebym mogła jakaś faworyzować. Darzysz jakiś utwór przez siebie skomponowany szczególnym sentymentem?

Nie podchodzę do swoich kompozycji jak do świętości. Mam duży dystans do tego, co tworzę. Są jednak utwory, które są mi bliskie. Na pewno należy do nich Crux fidelis na chór mieszany a capella, który dostał nagrodę w Konkursie Kompozytorskim na Chóralną Pieśń Pasyjną w Bydgoszczy i jest wykonywany przez kilkadziesiąt chórów w Polsce oraz nagrywany na płyty np. przez chór Salvatoris Amici. Jeżeli chodzi o muzykę teatralną jest ona zazwyczaj integralna ze spektaklem, choć autonomicznie też może istnieć W tym przypadku przywiązany jestem do kompozycji ze spektaklu Sześć portretów z mewą w tle w reżyserii Andrzeja Domalika. Ciekawym dla mnie doświadczeniem był udział w jedynym na świecie konkursie natychmiastowej kompozycji i improwizacji do filmu – Transatlantyk Instant Composition Contest, który zwyciężyłem, otrzymując tytuł Transatlantyk Instant Composer 2014.

Słucham ostatnio Radzimira Dębskiego i Miuosha. Efektem ich spotkania był pierwszy na świecie koncert łączący muzykę symfoniczną i rap, podczas którego wystąpili wspólnie z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Sam wydałeś kiedyś płytę hip-hopową. Skoro zajmujesz się tak różnymi gatunkami muzycznymi, wygrałeś konkurs natychmiastowej kompozycji do filmów niemych Transatlantyk, to może połączyć je w jedną większą całość i wydać na płycie?

Hip-hop był młodzieńczą formą ucieczki od szkolnych schematów i ekwiwalentem niezależnej wypowiedzi. Przestało mnie to interesować w momencie, w którym stał się elementem popkultury. Komercja mnie nie interesuje. Staram się pokornie podchodzić do tematu nagrania własnej płyty. Spektakl warsztatowy studentów II i III roku wydziału aktorskiego, zrealizowany w ramach „Projektu Zero” pt. Iluminacje w choreografii i reżyserii Liwii Bargieł, do którego skomponowałem muzykę jest zalążkiem czegoś, o czym myślę już od dawna, czyli solowej płyty na fortepian. Zawsze improwizacja była mi bliska i Iluminacje są pokłosiem Transatlantyku i idei muzycznego ilustrowania „na żywo” do filmu – w tym przypadku – do tańca współczesnego.

Jakiej muzyki najczęściej słuchasz w domu, samochodzie? Tak po prostu dla przyjemności.

Lubię słuchać muzykę poważną np. Sonat skrzypcowych Beethovena czy symfonii Mahlera, dodekafonistów wiedeńskich, dobrego jazzu (Keith Jarrett), muzykę fado, a także zespół The Beatles. Czasami siadam przy fortepianie i mam to szczęście, że mogę sobie sam  zagrać to, co chcę. Ale najbardziej lubię… ciszę. I niech to zostanie naszą tajemnicą (śmiech).

Więc jak to jest z tym komponowaniem?

Jest trochę jak ze zbliżeniem dwojga ludzi. Jest cała masa mikrokulminacji, które pracują na ostateczną makrokulminację. Tak naprawdę wszystko ma źródła w naszym jestestwie, w naszych nadziejach, tęsknotach. Nie da się komponować, jeśli nigdy nie kochałeś.

Dziękuję za rozmowę.

Proszę (śmiech).

Rozmawiał: Ryszard Abraham

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

fourteen + 7 =