Ryszard Abraham: Well! So far!

13 czerwca 2013

Rozmowa z tegorocznym absolwentem wydziału aktorskiego warszawskiej Akademii Teatralnej – PIOTREM PIKSĄ.

Piotr Piksa / fot. Bartek Warzecha

Piotr Piksa / fot. Bartek Warzecha

 

Lord Byron w Nocach sióstr Brontë Susanne Schneider: (…) Miłość – sweet Charlotte – jest dobra dla służby. Tę właściwą im odrobinę rozumu kobiety rzucają do stóp każdemu, kto tylko wyzwoli w nich poczucie niepowtarzalności, i im mniej ktoś je o to prosi, tym goręcej kochają (…).

 

Ryszard Abraham: Pochodzisz z Nowego Sącza. To miasto bardzo rozwinięte kulturalnie: muzeum, galerie, biblioteki, kina, kluby literackie, stowarzyszenia i długa tradycja amatorskiego ruchu teatralnego. Jaki był Twój pierwszy kontakt z teatrem?

Piotr Piksa: Mój pierwszy kontakt z teatrem nie miał miejsca w Nowym Sączu, ale w Krakowie. Miałem wtedy 5 lub 6 lat i kilka dni przebywałem w odwiedzinach  u cioci. Był to spektakl Smok wawelski, odbywający się w podwórzu kamienicy na krakowskiej starówce. Aktorami byli młodzi ludzie – być może studenci PWST. Do tego stopnia spodobało mi się to, co zobaczyłem, że po powrocie do domu odgrywałem przed rodziną całą bajkę. Oczywiście w mojej, jak mi się wydawało, ulepszonej wersji (śmiech).

Jak kształtowała się twoja droga w kierunku aktorstwa i kiedy podjąłeś decyzję, że chcesz zająć się Melpomeną?

Niewiele później, rodzice zapisali mnie do zespołu regionalnego Lachy. Podczas jednej z prób nauczycielka zauważyła, że całkiem dobrze sobie radzę i dała mi solową piosenkę Podegrodzka wioska. Od tamtej pory, na występach zespołu oprócz prezentacji tańców ludowych śpiewałem solówki. Następnie ukończyłem szkołę muzyczną I stopnia w klasie skrzypiec. Potem edukację II stopnia kontynuowałem na kierunku: wokal klasyczny. Zabawę w teatr zacząłem w gimnazjum. Kiedy byłem w liceum, trafiłem na warsztaty teatralne prowadzone przez Dorotę Zięciowską i Zbigniewa Kaletę. To oni  przez dwa lata przygotowywali  mnie do egzaminów wstępnych do szkoły teatralnej. Miałem duży dylemat co ostatecznie wybrać, bo udało mi się dostać  równocześnie do Akademii Muzycznej i Teatralnej. Wybrałem AT i nie żałuję!!!

Masz okazję pokazać swoje możliwości wokalne w Piosenniku w reż. Andrzeja Poniedzielskiego i w MP4 w reż. Mariusza Benoit. Bliższy Ci jest teatr muzyczny czy dramatyczny?

Wolę repertuar dramatyczny, choć zainteresowanie muzyką, zwłaszcza klasyczną, nie słabnie. Jeżeli tylko mam okazję i czas, to lubię pójść do opery, czy na koncert.

Czy piosenki, które wykonywaliście w tych przedstawieniach, były Waszymi propozycjami, czy repertuar został narzucony przez reżyserów?

Piosenniku mieliśmy z góry narzucony repertuar, ponieważ jest to autorski spektakl Andrzeja Poniedzielskiego i od razu było wiadomo, z jakimi piosenkami będziemy mieli do czynienia. Natomiast Mariusz Benoit pozwalał nam przynosić propozycję utworów, sam również „coś podrzucał”. Z profesorem pracowaliśmy przez dwa semestry trzeciego roku i ta praca zaowocowała powstaniem spektaklu MP4 w Teatrze Powszechnym.

Byron z Nocy sióstr Brontë w Twojej interpretacji to uwodzicielski, trochę przemądrzały i cyniczny, a przy tym uczuciowy i niepozbawiony życiowego doświadczenia jegomość. Czarujesz swoim wdziękiem, uwodzisz pewnością siebie. Jesteś marzeniem, które nigdy się nie ziści. Twoja rola to połączenie XIX-wiecznego szyku ze współczesnym luzem i gracją. Mimo iż grasz ją w kostiumie z epoki, to widz nie ma złudzeń, że jest to postać na wskroś współczesna. Jak znalazłeś złoty środek, żeby nadać tej postaci cechy, z którymi będziemy się mogli identyfikować?

To nieważne, czy grasz bohatera z XV, XIX czy XXI wieku, bo człowiek jest człowiekiem i emocje oraz pewne zachowania są zawsze takie same. A maniery i styl poruszania się charakterystyczny dla danej epoki jest tylko formą. Nie da się oczywiście nie docenić roli kostiumu, który narzuca pewne zachowania sceniczne, ale siła uczuć, intencji i namiętności, jakie się rozgrywają między ludźmi są uniwersalne i w każdym stuleciu takie same.

Byron to amant, a Ty zagrałeś go z wyczuciem, bez szarży i nie ośmieszyłeś, choć jesteś zabawny. Teksty wypowiadane przez Lorda Byrona nie są pustymi frazesami, mającymi na celu zdobycie niewieściej cnoty, ale uzmysłowienie Charlotte jej przeznaczenia. Choć w rezultacie nie przekonałeś pisarki do swoich racji, to misja z jaką się u niej zjawiłeś została spełniona. Reszta to kwestia jej wyborów. Jak zagrać amanta, aby nie wyszła z tego papierowa postać, która ładnie wygląda na scenie i plecie miłosne banialuki?

Wydaje mi się, że grając amanta trzeba znaleźć jakąś jego cechę charakterystyczną, która pomoże w budowaniu postaci, może to być np. gest, styl mówienia czy tik. I ta tylko jemu przynależna cecha uczyni bohatera bardziej ludzkim.

George Gordon Byron miał bardzo bujne życie osobiste. Na porządku dziennym były u niego podboje miłosne, skandale obyczajowe, podróże po Europie, ale także przyjaźnie z ludźmi pióra, z których najtrwalsza łączyła go z Percy Bysshe Shelleyem. Czy aktorstwo sprzyja nawiązywaniu przyjaźni między osobami wykonującymi ten zawód? Czy lepiej szukać przyjaciela w innych profesjach, bo kolega – aktor może stanowić zawodową konkurencję?

W moim przypadku jak najbardziej sprzyja. Mam świetnych kumpli ze szkoły, z którymi uwielbiam spędzać czas. Możemy się razem świetnie bawić, ale i szczerze porozmawiać. Nie jestem typem człowieka, który poznaje nowych znajomych na imprezach czy w klubach. W szkole mamy dużo czasu na poznanie siebie nawzajem. Wiadomo, że nie wszyscy się „kochamy”, ale każdy nawiązuje tu jakieś bliższe przyjaźnie. Nie spotkałem się też z żadnymi oznakami zazdrości czy zawiści. Ostatnio mój przyjaciel – aktor,  mówi do mnie: „Wiesz, jak na ciebie patrzę, to się bardziej cieszę niż ty, że ci się udało”

Czy istnieje w ogóle coś takiego jak literatura adresowana stricte do kobiet lub mężczyzn? Czy to sztuczny podział podyktowany prawami rynku?

Wydaje mi się , że wszyscy szukamy w literaturze tego samego. Interesują nas relacje między  bohaterami: ich problemy, miłości, przyjaźnie, przygody itd. Ale każda z płci oczekuje od pisarza innego spojrzenia na dany problem. Posłużę się może głupim i bardzo upraszczającym przykładem, ale tak to będzie chyba najłatwiej wytłumaczyć. Mężczyzna w restauracji  zamawia krwisty befsztyk,  kobieta sałatkę z wędzonym łososiem i kaparami. Efekt: oboje najedzeni – cel osiągnięty, tylko innymi środkami. Tak samo jest z literaturą. Chcemy czytać np. o miłości, tylko każdy na swój męsko/damski sposób. Są jednak mistrzowie pióra, którzy  potrafią  pogodzić te dwa światy i pisać tak, że płeć czytelnika przestaje mieć znaczenie.

Dotychczas brałeś udział w dwóch festiwalach: Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi i Festiwalu Dwa Teatry w Spocie. Przed Tobą udział w Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych w Warszawie, gdzie przedstawienie Noce sióstr Brontë w reż. Bożeny Suchockiej będzie reprezentowało Akademię Teatralną. Czy udział w takich imprezach jak festiwale, oceniane i nagradzane przez Jury, jest dla Ciebie wydarzeniem stresującym czy nobilitującym?

Do Łodzi nie jechałem po żadne nagrody, co się sprawdziło (śmiech). Publiczność festiwalowa jest specyficzna. Trzeba wziąć pod uwagę dwie kwestie: po pierwsze – grasz w innym miejscu, niż dotychczas twój spektakl był pokazywany; po drugie – masz świadomość, że podlegasz ocenie i nie chodzi tutaj o jury, ale o kolegów – aktorów z innych miast. Każdy chce wypaść jak najlepiej. To normalne, ale trzeba uważać, żeby nie przedobrzyć. Nie zawsze to się udaje. Czasem zjada cię trema, a czasem ten stres jest motorem napędzającym. Pamiętam, że kiedy jako Byron pojawiłem się pierwszy raz na scenie w Łodzi i zobaczyłem ile osób związanych z teatrem siedzi na widowni, to mi się lekko nogi ugięły. Całe szczęście, że wychodziłem tylko na 20 sekund i schodziłem bez słowa. Miałem chwilę, żeby ochłonąć i powiedzieć sobie, że to ma być  ZABAWA! Potem już jakoś poszło. Na obu festiwalach czułem bardzo pozytywny odbiór widowni. I to jest dla mnie najważniejsze.

Jakiś czas temu rozmawiałem z Twoimi koleżankami z roku: Olą Radwan, Afrodytą Weselak i Pauliną Komendą. Zapomniałem zadać im jeszcze jedno pytanie i nadrobię to teraz: z kim chciałbyś współpracować i spotkać się na deskach teatru lub przed kamerą?

Wiele jest takich osób, ale to długa lista i nie chciałbym nikogo pominąć, więc nie wymienię nikogo (śmiech). A poza tym, każde spotkanie na scenie czy przed kamerą z osobą, z którą nie miałem wcześniej okazji współpracować, to przygoda, niespodzianka i wielka niewiadoma. Lubię być zaskakiwany! A decyzję, z kim dane będzie mi w przyszłości grać, zostawiam losowi.

Pofantazjujmy dalej: rola – marzenie.

Nie mam takiej roli. Każda postać, w jaką się wcielam, jest dla mnie wyzwaniem, któremu staram się sprostać. Co przyniesie mi życie – tego nie wiem. Lubię natomiast sytuacje, kiedy nie do końca jestem przekonany co do słuszności obsadzenia mnie w danej roli. A tu raptem okazuje się, że podczas prób „zaprzyjaźniam się” z moim bohaterem, a wybór reżysera nie był wbrew pozorom chybiony. Tak było w przypadku Lorda Byrona w  Nocach sióstr Brontë.

Lubię role, które są bardzo emocjonalne i zarazem skrajne, więc nie miałbym nic przeciwko temu, żebym w takich był obsadzany.

Od nowego sezonu rozpoczynasz pracę w Teatrze Narodowym. Wiesz już może, w jakich przedstawieniach na tej scenie będziemy mogli Cię zobaczyć?

Na pewno będzie to Pchła szachrajka Jana Brzechwy. Jest jeszcze jedna propozycja, ale nie chcę o niej mówić dopóki nie rozpocznę prób.

Holoubek twierdził, że aktorstwo jest formą pewnej kompensacji – przez moment jest się tym, kim się nie jest, a może chciałoby się być. Czym jest dla Ciebie aktorstwo?

Jest to pasja, spełnienie, przyjemność i sposób na życie. W realu nie pozwoliłbym sobie na pewne zachowania, a na scenie uchodzi mi to płazem. Mogę być dżentelmenem, prostakiem, cynikiem, błaznem… Super!

Krzysztof Globisz powiedział kiedyś: Każdy człowiek, każdy aktor potrzebuje momentu szczęścia, jakie przynoszą małe olśnienia codzienności, dziwne przypadki, które nie są przypadkami, zbiegi okoliczności, jakie zsyła nam los. Natomiast w finale przedstawienia  Noce sióstr Brontë mówisz do Charlotte: Pozwól nam dalej marzyć. Pozwól nam czynić te wszystkie piękne rzeczy, które czyniliśmy razem. Jakie marzenia pozaartystyczne ma Piotr Piksa?

To nie marzenie, ale pragnienie szczęścia i zdrowia dla mojej rodziny i przyjaciół. A jeżeli chodzi o takie zwykłe przyziemne marzenia dla siebie, to chciałbym zwiedzić trochę świata i pojechać na ryby do Hiszpanii.

Dziękuję za rozmowę.

 

                                                                                   Rozmawiał: Ryszard Abraham

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four × two =