Karolina Matuszewska: Gdzie jest Shakesperae?

10 stycznia 2010

Miniony rok przyniósł środowisku kulturalnemu Trójmiasta nie lada powód do świętowania. Zasadnicza inicjatywa Fundacji Teatrum Gedanense wreszcie zaczęła przybierać realne kształty. W połowie września wbudowano kamień węgielny pod Gdański Teatr Szekspirowski. Wiele osób z pewnością nie może się już doczekać nowej sceny, która szczycić się będzie nawiązaniem do jednej z najważniejszych tradycji teatru europejskiego. Zanim to jednak nastąpi, należałoby postawić pytanie, jakiego Shakespeare’a w tym teatrze pokażemy…

Odpowiedź nie jest sprawą wyłącznie polską. Już od 13 lat do Gdańska zjeżdżają się (rzekomo) najlepsze inscenizacje dramatów Shakespeare’a z całego świata. Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski, który umożliwia ich spotkanie, daje również szansę przyjrzenia się, jak współcześnie wygląda teatralna recepcja dzieł Mistrza ze Stratfordu. Wnioski płynące z tej obserwacji nie są niestety pomyślne. Zeszłoroczna edycja Festiwalu zasugerowała, parafrazując Konstantego Puzynę, że Shakespeare’a grać trzeba sposobem, nie zważając zupełnie na płynącą z jego dramatów treść.

W tym roku mieliśmy okazję obejrzeć 8 spektakli zagranicznych, 2 polskie wyróżnione w Konkursie na Najlepszą Inscenizację Dzieł Williama Szekspira, 4 miniatury sceniczne oraz 2 spektakle towarzyszące ostatniej inicjatywy Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego – Teatru w Oknie. W sumie te kilkanaście inscenizacji przyniosło dość szerokie spektrum możliwych interpretacji, dla których wspólny mianownik stanowiła wieloznacznie rozumiana multimedialność. Zdecydowanie najbardziej zachowawczo podeszli do niej Anglicy. Reprezentowani przez Grupę Teatralną Propeller z teatru The Watermill oraz Teatr Globe postawili na konwencję, którą najlepiej określić jako lekką, łatwą i przyjemną. Przywiezione przez nich dwa „Sny nocy letniej” przypominały teatrzyk dla turystów (których zresztą nie zabrakło na widowni), gdzie w pierwszym przypadku naprawdę zachwycić mogła baśniowa scenografia i Puk w rajtuzach, w drugim – jedynie urodziwy Lizander. Podobnie zresztą przygotowane zostały prezentacje Teatru w Oknie. Im można jednak o tyle wybaczyć, iż mieszczący się przy ul. Długi Targ Teatr świetnie wpisał się w klimat odbywającego się równolegle z Festiwalem jarmarku dominikańskiego.

Z kolei oba angielskie przedstawienia, pełne gagów i mrugnięć do publiczności, zupełnie nie wykorzystały największego atutu, jaki ich twórcy mieli w ręku: oryginalnego języka Shakespeare?a. Co prawda można było nacieszyć nim ucho, jednak długie frazy wypowiadane w całości i bez większej dbałości o znaczenie zacierały swój sens. Szczególnie wyraźnie dało się to odczuć w drugim spektaklu Propeller „Kupiec wenecki”, gdzie z rozbrajającą wręcz naiwnością mogliśmy zobaczyć złego Żyda i miłosiernych chrześcijan pozbawiających go majątku i zmuszających do wyparcia się własnej religii.

W zupełnie inną stronę poszli goście ze wschodu, którzy z Teatru Narodowego im. Radu Stanca w Sibiu przywieźli swojego „Hamleta”. Jakby bojąc się oskarżenia o prowincjonalizm i zacofanie, wykorzystali na scenie chyba wszystkie możliwe multimedia, chwyty i prowokacje, tak że z trudem można się było dopatrzeć tam oryginału. Młody książę przypominał zbuntowanego i nadpobudliwego nastolatka, bohaterowie bawili się w kręcenie filmu o sobie, a całość należałoby określić jako estetyczny niewypał. W podobny sposób z dramatami Shakespeare?a obeszli się twórcy miniatur: „Oh, that his too too solid flesh?” oraz „Burzy”. Stawiając na wykorzystanie technologii audiowizualnych najwyraźniej zapomnieli o zasadniczym sensie prezentowanych sztuk. Światła, filmy i ekrany skutecznie przysłoniły istotę dramatów. Jakby z Szekspirowskiego świata pozostały jedynie imiona bohaterów.

Nie oznacza to jednak, iż połączenie treści z formą jest niemożliwe. Fakt, większość z zaproszonych na Festiwal przedstawień mogła wywołać takie wrażenie. W pewnym stopniu zrewidował je spektakl nowojorskiej The Wooster Group, okrzyknięty zresztą największym wydarzeniem tegorocznej edycji. Jej „Hamlet” to nie sztuka Shakespeare’a, ale próba odtworzenia zapisanego na uszkodzonej taśmie spektaklu Johna Gielguda z 1964 roku z Richardem Burtonem w roli głównej. Cała scena zaanektowana przez najnowocześniejszy sprzęt techniczny pozostawia aktorom niewiele miejsca i jakby spycha ich do roli rekwizytów. Centralne miejsce zajmuje bowiem duży ekran, na którym widoczne jest nagranie przedstawienia. Scott Shepherd, rozpaczliwie próbujący zmierzyć się z filmowym Hamletem, zdaje się pragnąć niezależności, ale jednocześnie nie potrafi się od jego obrazu uwolnić. Jakby obecność poza nagraną materią nie istniało, a on był wyłącznie cieniem, karykaturalną projekcją Burtona. Pomysł, pozornie karkołomny, zyskuje tutaj nowe znaczenie. Hamlet to efemeryda, uwikłany w potężną i obcą machinę, która warunkuje jego istnienie. To jest właśnie jego współczesne więzienie.

Poza projektem The Wooster Group niewiele można było zobaczyć przedstawień, które opowiadałyby o kondycji współczesnego człowieka. Takie ambicje można odnaleźć jeszcze w rumuńskim „Ryszardzie III” i w łódzkim „Otellu. Wariacjach na temat”, jednak te mądre i przejmujące spektakle należą na tym Festiwalu do mniejszości. Nawet „Kupiec wenecki”, który przyjechał do Gdańska jako reprezentant sceny niemieckiej, przedstawił silnie uwspółcześnioną wizję bankierskiego świata, która poprowadzona została niekonsekwentnie i w której nie obyło się bez rażących błędów. Podobnie zresztą nie obronił się polski spektakl Szymona Kaczmarka (pomimo wyróżnienia). Ciekawy pomysł na przedstawienie relacji Kasi i Petruchia przysłonięty został przez niedwuznaczne zabawy z bitą śmietaną na kanapie i zabawy w latanie samolotami. Po całej orgii i w pozostałym po niej bałaganie końcowy monolog głównej bohaterki całkowicie stracił swoje znaczenie.

Drugą z zapowiadanych gwiazd Festiwalu miał być Peter Brook. Do Gdańska przywiózł on „Warum, warum” – monodram Miriam Goldschmidt. Zbudowany z tekstów wielkich teoretyków i praktyków teatru, był raczej? wykładem, aniżeli spektaklem teatralnym sensu stricte. Największe zainteresowanie budził Francesco Agnello, muzyk akompaniujący aktorce na instrumencie o tajemniczej nazwie hang. Jednak z Shakespearem, poza przytoczeniem kilku cytatów z „Makbeta”, spektakl Brooka nie miał nic wspólnego.

Warto natomiast wspomnieć jeszcze o dwóch przedstawieniach, w których swego rodzaju pokora nie pozwoliła twórcom na stworzenie spektakli z rozmachem. Pierwsze z nich to miniatura „Sen nocy letniej”. Jej autorka, Katarzyna Kalwat, skupiła się na wątku Oberona i Tytanii, których uwikłała w strindbergowską i mroczną wojnę płci. Z pozornie niewinnego sporu o pazia uczyniła wyrachowaną grę dwóch potężnych osób, które dla spełnienia swoich żądań przygotowane są na największe podłości. Równie ciekawy wydaje się pomysł francuskiej grupy Naxos, która historię „Hamleta” wykorzystała jako pretekst do pokazania zagubionego chłopca uciekającego w świat własnych fantazji. Co więcej, wszystkie role odgrywał tutaj jeden aktor.

Powyższy przegląd tegorocznych spektakli obecnych na Festiwalu Szekspirowskim każe zastanowić się nad tym, czego właściwie poszukujemy w teatrze i w sztukach Mistrza ze Stratfordu. Pytanie, jak współcześnie czytać jego dzieła pozostaje nadal otwarte. I bardzo dobrze, bo ileż straciłby nasz teatr bez tego dramaturga! Warto jednak pamiętać o tym, aby wśród lawiny cyfrowego sprzętu i najnowszych technologii nie umknęło gdzieś to, czego żadna maszyna nie jest w stanie spreparować: duch Stratfordczyka i intencje płynące z jego utworów. Bez nich nasz nowy, Gdański Teatr Szekspirowski, pozostanie tylko martwym i pustym budynkiem.

Karolina Matuszewska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 + 13 =