Tomasz Janyst: Dusza moja pragnie postu, ciało – miłości

28 października 2010

Na spektakl otwierający sezon w Teatrze Collegium Nobilium dość odważnie wybrano „Stracone zachody miłości”, komedię niezaliczaną zwykle do najlepszych dzieł Szekspira. Było to duże wyzwanie postawione przed aktorami, dla których występ ten stanowił przecież także debiut sceniczny. Tymczasem nie tylko uniknęli prostego przedstawienia sztuki Szekspira jako banalnej komedyjki, ale także wydobyli z tekstu uniwersalną prawdę, którą zaprezentowali widzom opakowaną w bawiące do łez dialogi. Wielka w tym zasługa Bożeny Suchockiej, która „Straconymi zachodami miłości” udowodniła po raz kolejny nie tylko swój talent reżyserski, ale także to, jak dobrym jest pedagogiem.

(od lewej) Kamil Dominiak (Boyet), Agata Góral (Rozalina)Fabuła sztuki jest niezmiernie prosta. Król Nawarry (Mateusz Rusin) wraz z trójką towarzyszy, wśród których wyróżnia się cyniczny, zdystansowany Biron (w tej roli znakomity Michał Mikołajczyk), postanawia przez trzy lata poświęcić się wyłącznie studiom filozoficznym i zrezygnować z ziemskim pokus, przede wszystkim z towarzystwa kobiet. Zapomina jednak, że Nawarrę wkrótce ma odwiedzić francuska księżniczka (Joanna Halinowska), by w imieniu swego ojca przedyskutować sprawy graniczne i finansowe łączące  oba kraje. Przybycie księżniczki i jej trzech dwórek szybko powoduje złamanie przysięgi. To udowadnia starą Wilde’owską mądrość, że najlepszym sposobem na pokonanie pokusy jest ulegnięcie jej. Szlachcice z Nawarry mają początkowo pewne opory przed flirtowaniem z Francuzkami, ale gdy okazuje się, że każdy z nich na równi złamał układ, poświęcają się zalotom bez reszty. Kobiety rozpoczynają z mężczyznami grę, pełną zabawnych pomyłek i kipiących dowcipem dialogów w znakomitym tłumaczeniu Barańczaka. Młody wiek debiutujących aktorów jest tu dodatkowym atutem. Proste miłosne gierki są przecież głównie domeną młodości.

Poza dworem widzimy również parę wieśniaków, leśniczego i perfekcyjnie wystylizowanego hiszpańskiego pseudomacho i pseudopoetę – rycerza Armado (Jan Staszczyk) oraz jego giermka. Przygotowują oni przedstawienie będące kulminacyjnym punktem radosnego „karnawału”. Odgrywają je przed szlachtą i gośćmi z Francji, którzy niczym jury w telewizyjnym „Mam talent” obserwują ich wygłupy i oceniają występ. To wydarzenie, które nie pojawia się w oryginalnym tekście, podkreśla dodatkowo karnawałowy nastrój Nawarry, w której mężczyźni grają przed kobietami, kobiety przed mężczyznami a plebejusze przed szlachtą.

Wszystko było by piękne i radosne, gdyby nie tajemniczy mężczyzna o grobowej twarzy, ukazujący się raz po raz na scenie. Za każdym razem patrzy na swój zegarek jakby odmierzał czas, który pozostał na miłosne zabawy. To Marcade (Fabian Kocięcki) niosący wiadomość o śmierci Króla Francji. Warto podkreślić fakt, że jego rola została znacznie rozbudowana w stosunku do szekspirowski oryginału. Kilkukrotne wejścia Marcadego przygotowują widza na moment, w którym wreszcie przekazana zostanie wiadomość z francuskiego dworu. Jej wyjawienie boleśnie budzi wszystkich do rzeczywistości. Damy, tak szczodrze obdarowujące dotychczas swoimi wdziękami, zmuszają swoich wybranków do rocznego postu, podczas którego one oddadzą się żałobie. To koniec karnawału. Nastaje czas postu. W tym przejściowym momencie Królowa toczy z Królem chyba najważniejszą w ich dotychczasowej znajomości rozmowę. Czuje, że ich związek przechodzi w tym momencie z fazy lekkodusznego zakochania, albo – jak sama ujmuje – „zabawy”, w coś więcej. Tak Szekspir przedstawia miłość. To nie tylko radosna gra, ale także poważne rozmowy i dzielenie ze sobą problemów, cementujące związek silniej niż najczulsze pocałunki.

Całość akcji rozgrywa się bardzo prostej scenografii. Widz nie zobaczy wystawnych sal balowych, ani pięknych ogrodów. Ot, trochę mebli, by zasugerować, że rzecz dzieje się w pomieszczeniach zamkowych, czy kilka długich gałęzi z tyłu sceny pojawiających się, gdy bohaterowie przenoszą się do lasku. Akcja właściwie może toczyć się w jakimkolwiek miejscu, w jakimkolwiek czasie. Choć aktorzy noszą stroje stylizowane na ubrania z epoki, to wprowadzenie takich elementów jak rowery zaburza pewną jednolitość przedstawienia. Za pomocą tych prostych zabiegów Suchocka wydobywa sztukę Szekspira z kontekstu historycznego i pozostawia nieosadzoną w żadnym konkretnym czasie bądź przestrzeni, podkreślając jej uniwersalizm.

„Stracone zachody miłości” cały czas grają z publicznością, niespodziewanie bardziej niż ktokolwiek by się spodziewał, Podczas przerwy widzowie czekający na wejście do sali niespodziewanie zostają wrzuceni w sam środek radosnej Nawarry. Jeden z wieśniaków, filuterny Bania (grany z olbrzymią swadą przez Mateusza Banasiuka) wchodzi do holu oknem. Część innych aktorów również pojawia się w holu i mieszając się z tłumem początkowo lekko zdezorientowanych widzów, zaczynają przygotowywać wspomnianą sztukę, którą odgrywają potem przed szlachtą. Karnawałowy nastrój otacza widzów ze wszystkich stron. Wchodząc w tę przygotowaną dla nas zabawę śmiejemy się. Śmiejemy się również wtedy, gdy pojawia się Marcade, tak zabawnie nie pasujący do Nawarry. Śmiejemy się, gdy wychodzimy ze spektaklu i wymieniamy komentarze o najzabawniejszych dialogach. Całkowicie i bez reszty pragniemy karnawału. W tym jest nasza porażka, a jednocześnie zwycięstwo wciąż (a może jeszcze bardziej niż w czasach elżbietańskich) aktualnej sztuki Szekspira.

Tomasz Janyst

William Shakespeare
„Stracone zachody miłości”

Reż. Bożena Suchocka
Wyst. Mateusz Rusin, Mateusz Banasiuk, Joanna Halinowska i inni
Premiera: 25.10.2010r. Teatr Collegium Nobilium

tagi: , | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five × five =