Urszula Gołdowska: Wszyscy jesteśmy wariatami

6 grudnia 2013

O spektaklu pt. Wariat i zakonnica w reżyserii Igora Gorzkowskiego w Teatrze Powszechnym w Warszawie

Wariat i zakonnica /fot. Krzysztof Rudziński

Wariat i zakonnica /fot. Krzysztof Rudziński

Obdarta ściana z cegieł, w tle przerdzewiałe rusztowania, na środku coś, co może bardziej niż łóżko przywodzi na myśl średniowieczne narzędzie tortur. W tę przygnębiającą, fabryczną przestrzeń wdziera się nagle muzyka rodem z pozytywki, a ciepły, męski głos opisuje zbawienny wpływ gimnastyki na zdrowie pacjentów.

Tak zaczyna się spektakl „Wariat i zakonnica” w reżyserii Igora Gorzkowskiego w warszawskim Teatrze Powszechnym. Dramat ten to dziś żelazna pozycja w repertuarze teatrów sięgających po Witkacego. Neurotyczny język utworu o szaleństwie naszych czasów opowiada przecież w sposób bliski perfekcji, a szpital psychiatryczny „Pod zdechłym zajączkiem” na kilka chwil staje się metaforą świata.

Tytułowy bohater, kompozytor Mieczysław Walpurg, to typowa jednostka nieprzystosowana. Bezskuteczne samobójstwo, które próbuje popełnić, to dla niego rodzaj wyzwolenia od pogardzanego przezeń społeczeństwa i od męki własnej twórczości. Jednak świat, pod pozorami humanitaryzmu, zmusza go do powolnej wegetacji na szpitalnym łóżku, zamiast leczenia fundując jedynie regularne podtruwanie chloralem. Dość osobliwym wydaje się być także personel szpitala: lokalny uwodziciel doktor Jan Burdygiel; poczciwy, acz oderwany od świata profesor Ernest Walldorff;  i w końcu zafascynowany psychoanalizą freudysta doktor Efraim Gruen, który postanawia poddać Walpurga nowej, eksperymentalnej metodzie leczenia. W tym celu do szpitala przybywa tytułowa zakonnica – siostra Anna wraz z surową przełożoną – Siostrą Barbarą. Terapeutyczne rozmowy szybko jednak zaczynają wykraczać poza stosunki formalne, a młoda mniszka, porzucając troskę o duszę bliźniego, odkrywa w murach zakładu dawno zapomnianą namiętność.

Gdzieś pomiędzy wątkami fabularnymi pobrzmiewa jednak w spektaklu problem dużo istotniejszy – dylemat samotnej jednostki spętanej przez społeczne normy, w którym odbija się światopogląd samego Witkiewicza. Potrzeba rozwiązania tajemniczego „kompleksu” staje się w dramacie tylko wykpioną formą retoryczną, wykorzystaną przez Walpurga do uzyskania mentalnej przewagi nad otaczającym go „stadem”. U każdego bowiem, jak się okazuje, jakiś kompleks można znaleźć i każdy z łatwością jakiegoś kompleksu może się nabawić. A gdy wydaje się już, że eksperyment medyczny osiągnął konkretny rezultat, Walpurg wymyka się i tej klasyfikacji, za pomocą szybkiego ruchu brzytwy definitywnie pozbawiając się życia. Krew widowiskowo rozpryskuje się na szkle małej budki ustawionej w rogu sceny. Wraz z nią rozpada się nagle z pozoru poukładany system, zdemaskowany i skompromitowany na oczach widza.

Jest w tym spektaklu dużo życia, po witkacowsku powykrzywianego, groteskowego, ale trafiającego w samo sedno naszej tragikomicznej egzystencji. Są emocjonalne szarże i ciekawe zabiegi formalne, jak na przykład skomponowane niemal choreograficznie zbliżenie Walpurga i siostry Anny, przypominające raczej pilates, niż stosunek miłosny.

Na uwagę zasługuje w spektaklu głównie kreacja Jacka Bellera, który, przez większość czasu przywiązany do łóżka i niemal pozbawiony możliwości ruchu, przyciąga uwagę wewnętrznym napięciem, prezentując na scenie pełne spektrum emocjonalnych odcieni. Oscylując między skrajnościami, przybiera pozę bezradnego pacjenta, by zaraz potem stać się potężnym geniuszem, którego obłęd służy jedynie jako środek dla urzeczywistnienia własnych postulatów.

Blado wypada przy nim niestety postać zakonnicy w interpretacji Anny Moskal, która wydaje się ślizgać po zewnętrznych warstwach tekstu, tworząc figurę bez skonkretyzowanego charakteru i jednoznacznych pobudek działania, choć, trzeba przyznać, pełną scenicznej witalności.

Nie do końca przekonują także cyrkowo – taneczne popisy mimów, otaczających głównego bohatera w momentach twórczych. Zmiana profesji Walpurga (w oryginale jest on poetą, w spektaklu natomiast kompozytorem) ma w sobie teatralną zasadność, forma muzyczna ma bowiem szansę w sposób bardziej namacalny zaistnieć na scenie, jednak nie pełni wykorzystano chyba potencjał, jaki tkwił w tym pomyśle. Otrzymaliśmy symboliczno-oniryczny pokaz rodem z cyrkowej areny – widowisko może i piękne, funkcjonujące jednak na zupełnie innym poziomie niż pozostałe warstwy dramatu. Sekwencja, która w zamyśle miała chyba podbić opozycję między światem twórczym i realnym, stała się estetycznym przerywnikiem, odrywającym nas zupełnie od scenicznej rzeczywistości. W efekcie ucieka nam jakieś napięcie towarzyszące wyzwoleniu Walpurga ze społecznej matni.

Po jego odejściu przez chwilę trwa jeszcze na scenie cyrkowy gwar, aż wreszcie za barwnym korowodem zamykają się drzwi. Rozlega się chrzęst zasuwanej zasuwy. W szpitalnej sali zostajemy z aktorami sam na sam „To myśmy teraz wariaty. Zamkli nas na amen.” – w ciszy po raz pierwszy rozlega się głos jednego z osiłków, pełniących rolę pielęgniarzy. Niczym w „Tangu” Mrożka nagle zamieniają się role. Doktor Gruen, uznany za pacjenta, kuli się ze strachu na szpitalnym łóżku. Porzucona Anna snuje się błędnie pod ścianami. A my? My także jesteśmy w tej sali. Wszyscy jesteśmy wariatami.

Urszula Gołdowska

 

 

S. I. Witkiewicz WARIAT I ZAKONNICA

REŻYSERIA – Igor Gorzkowski

OBSADA

Elżbieta Kępińska

Anna Moskal

Jacek Beler

Tomasz Błasiak

Bartłomiej Bobrowski

Jarosław Gruda

Kazimierz Kaczor

Franciszek Pieczka

SCENOGRAFIA – Honza Polivka

KOSTIUMY – Magda Dąbrowska

MUZYKA – Piotr Tabakiernik

DRAMATURGIA RUCHU – Iwona Pasińska

ASYSTENT REŻYSERA – Katarzyna Krapacz

INSPICJENT – Ewa Kancler-Żeleńska

SUFLER – Barbara Sadowska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sixteen + 12 =