Weronika Ostrowska: Kabaretowe show z nutą goryczy

3 listopada 2016

O spektaklu Kordian w reżyserii Jana Englerta w Teatrze Narodowym w Warszawie

Kordian/fot. Tomasz Englert

Kordian/fot. Tomasz Englert

Kordian w reżyserii Jana Englerta to spektakl ewidentnie rocznicowy (premiera 19.11.2015 r. w 250. rocznicę powstania Teatru Narodowego), bo zrobiony z rozmachem, angażujący przecież niemal cały zespół Narodowego, wykorzystujący ogromne możliwości dużej sceny. Taki, który ma pokazać siłę zespołu i zademonstrować działanie całej machinerii scenicznej, potwierdzając jednocześnie ciągle wysoką pozycję warszawskiego Narodowego w Polsce. Jest to również spektakl podsumowujący pewien etap drogi twórczej reżysera, który do wspomnianego dramatu Słowackiego podchodzi już trzeci raz w swojej karierze, składając nim jednocześnie hołd swoim teatralnym mistrzom.

Trwające nieco ponad dwie godziny sceniczne show rozgrywa się w świecie, w którym pierwsze i ostatnie słowo należy do Szatana (w tej roli doskonały Mariusz Bonaszewski, który przenosi tu swoją postać ze Sprawy w reżyserii Jarockiego z 2011 r.). To on i jego szajka, na czele z wiernym i oddanym jak pies Mefistofelesem (Mateusz Rusin), rozdaje karty od pierwszych scen tego niezwykłego widowiska, które odbywa się na scenie otoczonej charakterystycznymi dla przedstawień kabaretowych migającymi światełkami, co każe patrzeć na całość jak na obraz nieco przerysowany, może karykaturalny, ale jednocześnie kryjący w sobie ziarno prawdy o naszej polskiej tożsamości, wciąż skłonnej do sięgania po romantyczne wzorce. Utkanej czasem, tak jak w spektaklu, z fantomowych, ale ziejących pustką wyobrażeń, które działają na emocje i nie niosą za sobą nic poza podniosłym nastrojem.

Obok ubranego w cekinową marynarkę Szatana z długim warkoczem pojawia się na scenie drugi z przewodników tego polskiego show – majestatyczny Archanioł w białej sukni (Danuta Stenka). Jednak jego głos w przedstawieniu jest zdecydowanie słabszy, a możliwość wpływania przez niego na przebieg zdarzeń wydaje się fikcją. Można odnieść wrażenie, że jest to postać mająca jedynie dawać poczucie pozornej równowagi między dobrem i złem w tym świecie, która przygląda się, obserwuje, ale woli się nie wtrącać i pozostać z boku. Jedynie od czasu do czasu wypowiada kilka słów dających słabą nadzieję na jakąkolwiek zmianę lub przechadza się, wprowadzając element boskiej obecności w tym szatańskim dziele.

Kordian w tym przedstawieniu został zmultiplikowany do trzech postaci, reprezentujących bohatera w różnych okresach życia, a więc posiadającego za każdym razem inny bagaż doświadczeń. Jednak zdecydowanie najważniejszym wydaje się tu stateczny, zamyślony i refleksyjny Stary Kordian (Jerzy Radziwiłowicz), który wędruje wraz z Szatanem i Aniołem i – podobnie jak oni – nie jest jedynie uczestnikiem akcji scenicznej, ale też widzem. Patrzy z dystansem na toczące się show – przygląda się samemu sobie młodemu, energicznemu z uwagą, ale i pobłażliwym uśmiechem, wciąż wspominając wybór, przed którym go postawiono dawno temu: czy ginąć w imię szlachetnej idei, czy żyć szyjąc psom buty…

Szukający odpowiedzi na to pytanie Kordian wędruje przez slapstickowo odegrany świat angielski ze słynną czaszką Yoricka, przez Włochy, w których poznaje interesowną naturę zmysłowych kobiet, i przez Watykan, gdzie biskupi zachowują się jak usłużne marionetki, a papież okazuje się być Szatanem.

Roztrojony Kordian gubi się w przewrotnym świecie swoich marzeń i po raz kolejny okazuje się człowiekiem niezdolnym do czynu, pogrążonym w młodzieńczych snach o potędze i zmienianiu zastanej rzeczywistości. Jako młodzieniec (Kamil Mrożek) jest radosnym i pełnym nadziei chłopcem, który próbuje życia. W swej wersji nieco starszej (Marcin Hycnar) przeobraża się w prawdziwego romantycznego szaleńca, rozważa samobójstwo, wygłasza słynny monolog na Mont Blanc, zresztą doskonale rozegrany, odsyłający do słynnego przedstawienia Hanuszkiewicza dzięki obecnej na scenie drabinie. Apogeum zmagań Kordiana z samym sobą następuje w najlepszej scenie przedstawienia, gdzie widzimy splecionych walczących Kordianów, niczym Konrada i Szatana z Dziadów Swinarskiego. Jest to moment przesilenia w spektaklu, gdy szaleństwo głównego bohatera bierze górę, gdy sprzeczności w nim samym stają się na tyle silne, że zaczynają go niszczyć, a Szatan triumfuje.

Na szczególną uwagę zasługują znakomicie zagrane przez cały zespół sceny zbiorowe, które przeplatają się z główną akcją przedstawienia i uzupełniają całość o ironiczny dialog z polską zbiorową świadomością. Wśród barwnej gromady możemy się doszukać Rejtana, kosynierów, husarzy, szlachciców z flagami i sztandarami polskimi, znajdziemy tu wszystko to, co stereotypowo można wiązać z polskością. Jest to obrazek jak z Matejki, przerysowany, zabawny, ale i budzący niepokój, zwłaszcza, gdy z ust narodowego chóru zaczyna wybrzmiewać jeszcze dziś często odśpiewywana przez środowiska katolickie przy okazji narodowych świąt pieśń Boże, coś Polskę z zakończeniem „Naszego króla, pobłogosław Panie”. Nadaje ona spektaklowi zabarwienie kąśliwie polityczne, choć chyba nie ma być wyłącznie przytykiem do jednej grupy, która wciąż ją wykonuje, ale kolejnym znakiem z repertuaru tych rodzimych znaków, za którymi kryje się pustka.

Nie jest to zresztą jedyna pieśń w przedstawieniu, która pełni ważną funkcję. Obok niej pojawia się z pozoru niegroźnie brzmiąca wielokrotnie powtarzana piosenka Pijcie wino, którą inkantuje Mefistofeles. To ona jest zdecydowanie bardziej niebezpieczna od pierwszej, gdyż zdaje się usypiać czujność narodu i wprowadzać go w błogi stan samozadowolenia, co doskonale uwypuklił Englert.

Ironicznym podsumowaniem działań i niepowodzeń Polaków wydaje się tu wykrzykiwana radośnie w ostatniej scenie zbiorowej kibicowska przyśpiewka Polacy, nic się nie stało. Tutaj też dokonuje się kolejna multiplikacja Kordianów, których widzimy już kilkunastu, w różnym wieku. Jest to zarazem ostateczna parada polskich zjaw i wyprutych ze znaczeń symboli, pojawia się fragment muzyki Chopina. Aż zbyt dużo robi się tego wszystkiego, aż za polska wydaje się ta polskość na scenie. I nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, ale wina popijać się nie chce.

Przedstawienie Englerta na pierwszy rzut oka może wydawać się fragmentaryczną, pourywaną i zbudowaną z licznych cytatów teatralnych magmą, w której tekst Kordiana wzbogacony o fragmenty Fausta, Samuela Zborowskiego, wiersza Testament mój, czy Wyzwolenia Wyspiańskiego gubi się, plącze, nie wybrzmiewa. Ponadto, narracja przedstawienia czasem płynąca bardzo wolno, chwilami zaś wartka i dynamiczna, może nieco męczyć. Łatwo zgubić się w tym labiryncie utkanym z naszych rodzimych bohaterów, zjaw i symboli. Jednak w tym szaleństwie reżysera można doszukać się pewnej metody, która ułatwia zrozumienie tego splątanego świata. Całość zgrabnie spina klamra bardzo statycznej sceny z początku i końca spektaklu, gdy kurtyna opada, a przed nią zostają tylko Szatan, Anioł i Stary Kordian, a na krańcach pudełka scenicznego migają operetkowe lampki. Wtedy to wszystko, co działo się w trakcie – dynamiczne, szalone, fragmentaryczne, nabiera sensu i okazuje się, że było jakąś próbą wiwisekcji polskiej świadomości narodowej, próbą ciepłego, ale nie bezkrytycznego przyjrzenia się wciąż żywemu mitowi bohatera romantycznego, wreszcie próbą zdystansowania się reżysera do siebie samego, do swojej historii, do swoich mistrzów.

Chyba najlepiej przyjąć wobec tego przedstawienia postawę Starego Kordiana, który to i owo przemyślał, z wielu rzeczy zdaje sobie sprawę, czasem się przygląda, niekiedy zabiera głos, ale patrzy na świat z perspektywy doświadczenia i rozumu, z rezerwą i ironicznym, ale nie złośliwym uśmiechem. Postawę dystansu, ale i czujnego nasłuchiwania, dzięki którym można odkryć słodko-gorzką refleksję na temat dzisiejszej polskości, jej blasków i cieni, którą buduje Englert w swoim rocznicowym i jakże ciekawym Kordianie.

Weronika Ostrowska

 

Kordian

Teatr Narodowy w Warszawie

premiera: 19.11.2015 r.

reżyseria: Jan Englert

scenografia: Barbara Hanicka

muzyka: Stanisław Radwan

choreografia: Tomasz Wygoda

reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski

opracowanie inżynierskie: Mirosław Łysik

reżyseria projekcji wideo: Marek Kozakiewicz

animacja: Michał Jankowski

efekty kaskaderskie: Andrzej Słomiński

Obsada: Danuta Stenka, Mariusz Bonaszewski, Mateusz Rusin, Jerzy Radziwiłowicz, Marcin Hycnar, Kamil Mrożek, Ewa Wiśniewska, Anna Grycewicz, Grzegorz Małecki, Oskar Hamerski, Ewa Konstancja Bułhak, Grzegorz Kwiecień, Ewa Gryszkówna, Beata Fudalej, Magdalena Warzecha, Kamila Baar-Kochańska, Monika Dryl, Joanna Gryga, Dominika Kluźniak, Milena Suszyńska, Marek Barbasiewicz, Bartłomiej Bobrowski, Karol Dziuba, Wiktoria Gorodeckaja, Piotr Grabowski, Anna Gryszkówna, Arkadiusz Janiczek, Robert Jarociński, Aleksandra Justa, Mirosław Konarowski, Waldemar Kownacki, Joanna Kwiatkowska-Zduń, Sławomira Łozińska, Anna Lobedan, Kacper Matula, Jacek Mikołajczak, Wiesława Niemyska, Paweł Paprocki, Piotr Piksa, Karol Pocheć, Marcin Przybylski, Jacek Różański, Bożena Stachura, Beata Ścibakówna, Paweł Tołwiński, Magdalena Warzecha, Adrian Zaremba, Kamil Banasiak (AT), Łukasz Borkowski, Grzegorz Chrapkiewicz, Artur Janusiak, Fabian Kocięcki, Stefan Krzysztofiak (AT), Adam Molak, Szymon Nowak, Rafał Pyka (AT), Bartosz Wesołowski, Łukasz Węgrzynowski, Przemysław Wyszyński.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

10 − 10 =