Adam Karol Drozdowski: Ku teatrowi uboższemu, czyli pożegnania

1 stycznia 2010

Sezon teatralny 2009/2010 trwa już w najlepsze, dla niektórych teatrów wręcz nieprzerwanie od końca poprzedniego, a jednak oddziela je oczywista i nieodwracalna cezura. Dlatego pisanie tekstu otwierającego nowy rok w (również nowym) serwisie teatrakcje.pl  jest obowiązkiem tyleż zaszczytnym, co smutnym – wpierw pożegnać trzeba bowiem kilkoro wielkich Artystów sceny i ich odchodzący Teatr…

„For you, Pina” – wskazując dłonią niebo zadedykował ostatnie powtórzenie swojego Hamleta Richard Schechner. Tego dnia teatralnym Wrocławiem wstrząsnęła wiadomość o śmierci Artystki, która stworzyła współczesny teatr tańca. A przecież dopiero co oglądałem z zapartym tchem jej Nefés, spektakl w magiczny wręcz sposób dający widzowi – może piękno, może dobro, może prawdę – może wszystko to naraz, mówiący na pewno znacznie sugestywniej niż próby opowiedzenia o życiu innym teatralnym językiem. O życiu: to brzmi banalnie, ale ile znamy przedstawień, w których udało się podjąć ten temat i nie polec? A kiedy stałem przed Sceną na Świebodzkim i patrzyłem na Schechnera, szczerze poruszonego otrzymaną po próbie wiadomością, kilka ulic dalej zespół Piny Bausch zaczynał właśnie opowiadać o życiu kolejnym widzom. Już bez niej. A przecież ledwie wczoraj byłem na spotkaniu z nią i jej tancerzami. Powiedziano nam, że jakieś ważne sprawy wezwały ją do Berlina. Nikt nie wiedział, że aż tak ważne.

To był ostatni dzień czerwca. Minęło trochę czasu, zanim na łamach „Gazety Wyborczej” wyrazy współczucia i szacunku zespołowi Tanztheater Wuppertal złożył Instytut Grotowskiego, organizator trwającego od połowy miesiąca festiwalu „Świat Miejscem Prawdy”. Festiwalu szczególnie udanego. Udało się bowiem organizatorom poprzez dobór repertuaru dotknąć wielokrotnie owej Prawdy, jak się okazało – również prawd ostatecznych. Ale nie byłoby to tak dotkliwym przeżyciem, gdyby nie wyjątkowa jedność współuczestnictwa twórców, widzów, pracowników Instytutu. Intymna niemal atmosfera podczas spotkań, tych oficjalnych i tych półprywatnych, z artystami rangi Brooka czy Barby, rozpoznawanie twarzy anonimowych w gruncie rzeczy widzów z całego świata na widowniach kolejnych spektakli – wszystko to sprawiło, że stratę Piny Bausch odebraliśmy bardzo osobiście.

Czułem się tam, wśród leciwych, siwowłosych już skandalistów dawnej kontrkultury, w jakimś sensie podobnie, jak podczas uczestniczenia w Żarze Wojtaszka w warszawskim Teatrze Narodowym. Aktorzy zaangażowani do tego spektaklu potrafili tak rozegrać swój dramat, dramat swoich postaci, że widzowie stawali się gośćmi salonu Henrika, zaproszonymi na herbatkę, która przerodziła się w gorzkie rozliczenie z przeszłością. Byliśmy powiernikami spowiedzi obu bohaterów. Gęstość emocji, skumulowanych w małej, przytulnej salce foyer nie pozwalała patrzeć na zmagania staruszków z ich życiorysami obojętnie. Ale Zapasiewicz i Gogolewski nie robili nic nadzwyczajnego. Rozmawiali. Rozmawiali tak, że tekst w ich interpretacji otwierał niespodziewane, nieskończone horyzonty, aż do ostatniej, króciutkiej kwestii Danuty Szaflarskiej, która wynosiła ostatecznie przedstawienie na szczyty finezji i teatralnego kunsztu. Kto dziś mógłby być takim partnerem dla Szaflarskiej i Gogolewskiego? Nie będzie już Żaru, nie będzie nieodgadnionego, niebywale skomplikowanego onanisty Leona w Kosmosie, nawet Tango, którego premiera za niecały miesiąc, nie będzie wyglądało tak, jak w wyobrażeniach.

Śmierć  Zbigniewa Zapasiewicza przybliża znów odejście w przeszłość ?tzw. dawnego teatru?, teatru szanującego autora, widza, teatru niezapomnianych ról i wielkich, dla niektórych już legendarnych, aktorów. Tak było, gdy zmarł Holoubek, tak było i teraz. ?Tzw. dawne? podejście do pracy artystycznej straciło czynnego propagatora, uczestniczącego w dyskusjach, polemikach, wręcz sporach ideologicznych, jak np. kilka lat temu w sprawie Teatru Powszechnego. Tym bardziej przykre, że nawet taka niepowetowana strata dla kultury bywa wykorzystywana do celów politycznych. Może to cyniczne, ale nie ufam salwom honorowym i coraz częściej przyznawanym pośmiertnym orderom. Po co czekać z uznawaniem zasług aż do – nagłośnionego w mediach – pogrzebu?

Zwłaszcza w sytuacji, kiedy trzy dni wcześniej niż Zapasiewicz, bo 11 lipca, zmarł wybitny tancerz baletowy, choreograf, pedagog, Witold Gruca. Nie mniej wybitny, w swojej dziedzinie, niż Zapasiewicz jako aktor dramatyczny. A mimo to o jego śmierci było cicho, chociaż jeszcze w 1997 roku obchodził pięćdziesięciolecie pracy artystycznej, wciąż czynny zawodowo. Codziennie do końca lipca mijałem zawiadamiającą o jego pogrzebie klepsydrę, zawieszoną samotnie przy służbowym, nie używanym w okresie urlopowym, wejściu do Teatru Wielkiego. Niedługo potem, na początku sierpnia widziałem paradokumentalny, fabularyzowany film Jacka Bławuta Jeszcze nie wieczór, w którym Gruca, drżący, zmieniony przez chorobę, poruszający się już tylko o balkoniku, zagrał ostatnią wielką rolę: samego siebie ? choreografa, spędzającego ostatnie lata życia w Domu Aktora Weterana w Skolimowie. W kontekście wszystkich tych śmierci, wrażenie było piorunujące i trwa do dziś. Uważam zresztą, że Jeszcze nie wieczór powinno być obowiązkową lekturą dla każdego, kto para się sztuką ? jako narzędzie do autorefleksji.

Nie będę pisał więcej, choć minionego roku odeszli i inni, wśród nich wspaniały Igor Przegrodzki czy Marek Walczewski, ale nie chodzi mi o, brutalnie mówiąc, bilans strat. Ostatnie miesiące uświadomiły mi po prostu, że w polskim i światowym teatrze bezpowrotnie zamyka się pewien rozdział, powoli, jeszcze nie definitywnie, ale nieodwołalnie. Wiem, że nie będzie już – i zgodnie z naturalnym stanem rzeczy nie powinno być – takich twórców, jak Pina Bausch i pozostali zaproszeni na wrocławski Festiwal, Zbigniew Zapasiewicz, Gustaw Holoubek czy Witold Gruca. Będą inni, ukształtowani w innych czasach i o nich opowiadający. Kiedy jednak patrzę na teatr „tzw. dzisiejszy”, marzę, żeby z odejściem starszych pokoleń nie zniknęła umiejętność bliskiego współistnienia z widzem, tak naturalna dla dawnych buntowników okresu kontestacji; żeby nie zgasło zaangażowanie w kulturę niezależnie od sytuacji i nie w poszukiwaniu uznania, jak u artystów z charakterem w rodzaju Zapasiewicza; wreszcie żeby nie zabrakło pasji, która sprawia, że aktorstwo to znacznie więcej niż tylko wykonywany zawód, a która każe podjąć artystyczne wyzwania nie zważając na przeszkody, choćby najcięższe, jak choroby u bohaterów filmu Bławuta.

Sezon teatralny 2009/2010 trwa w najlepsze. Teatr trwa i trwać będzie. I tylko przetrwania tych kilku cech, postaw, których uczyli nas Mistrzowie, możemy mu na ten i na kolejne sezony życzyć.

Adam Karol Drozdowski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 − 13 =