Z Anną Augustynowicz w teatrze… życia codziennego

1 kwietnia 2012

Rozmowa z Anną Augustynowicz, reżyserką i dyrektorką Teatru Współczesnego w Szczecinie, o jej inscenizacji  W małym dworku Witkacego, granej w warszawskim Och – Teatrze (premiera 17 czerwca 2011), i nie tylko…

Anna Augustynowicz

 

Zuzanna Liszewska: W 1997 roku, w szczecińskim Teatrze Współczesnym, po raz pierwszy wystawiała Pani W małym dworku. Co skłoniło Panią do powrotu  po czternastu latach do tej najczęściej wystawianej sztuki? Co dziś mówi nam Witkacy?

Anna Augustynowicz: W pracy nad poprzednią inscenizacją nie potrafiłam „dostać się” pod powierzchnię formy obrazu. Przedstawienie, dość „efektowne”, nie uzewnętrzniło mechanizmu ludzkiej gry. Napięcia pomiędzy tekstem wypowiadanym a sposobem, w jaki tekst jest wypowiadany przez aktora. Fabuła Małego dworku jest tylko pretekstem do odkrywania iluzji, w której bohaterom dramatu rodzinnego przychodzi grać również współcześnie.

W przypadku Witkacego mamy też do czynienia z przeczuciem schyłku, z końcem pewnego porządku starej Europy. Czy i tu można dostrzec analogię ze współczesnym światem?

Mam wrażenie, że tak.

Dlaczego zdecydowała się Pani na krytykę teatru dziewiętnastowiecznego? Czy dla współczesnego widza taka stylizacja może być prześmiewcza, a nawet czytelna?  W teatrze nie mamy już przecież do czynienia z konwencją aktorstwa z XIX wieku…

Chodziło mi o sparodiowanie iluzyjnego aktorstwa, które lubimy w życiu codziennym. „Granie się” sentymentalną melodią jest dziś obecne w serialach, w reportażach nawet. Zdeklasowaną szlachtę często zastępuje klasa nuworyszy, ale mechanizm „grania” jest ten sam. Witkacy nie pisze parodii Rittnera tylko po to, żeby zaśmiać się z teatralnej estetyki XIX wieku. Dotyka sposobu „grania” człowieka, który staje się uczestnikiem społeczności związanej „konwencją” reagowania na zdradę małżeńską, na zmianę wskaźników giełdowych, na deklasację rodziny, wreszcie na śmierć bliskiej osoby. Obnaża w utworze właśnie „mechanizm funkcjonowania w konwencji”, żeby wyciągnąć człowieka z iluzji, z kłamstwa w teatrze życia codziennego.

Mówi Pani, że w życiu codziennym wciąż gramy, że  sztuczność i forma jest głęboko wpisana w ludzką naturę. Brzmi to nieco Gombrowiczowsko. A czy w związku z tym, istnieje według Pani możliwość bycia autentycznym?

O autentyczności możemy mówić wówczas, gdy istnieje harmonia między formą i treścią. Zawsze  jesteśmy w jakiejś formie: jest to słyszalne zarówno w sposobie posługiwania się językiem, jak i w manierze ekspresji, której uczymy się od nauczycieli aktorstwa, wśród których wzrastamy: kuzynów, ciotek, „służby”. Witkacy pokazuje „pękanie formy”, która pozornie wydaje się należeć do czasu przeszłego. Jeśli nie jesteśmy w stanie tego ujrzeć u Witkacego, to znaczyłoby, że wtopiliśmy się w rzeczywistość „iluzji” i nie dostrzegamy tożsamości mechanizmów obowiązujących w „społecznych grach”,  poza obyczajem danej epoki.

A propos formy, czy zajmuje Panią jeszcze kwestia Czystej Formy?

Głównie jako technika w pracy z aktorem: jest narzędziem do wydobywania człowieka z kłamliwej natury aktora, która uwalnia się pod wpływem okoliczności. Nie jesteśmy wolni od konwencji. Fałsz zachowania łatwiej – być może – dostrzec w formie dziewiętnastowiecznej tragikomedii niż w tej, w której przychodzi nam uczestniczyć dzisiaj. 

A jak wyglądała praca z aktorem?

Zrozumienie mechanizmu gry, odpowiadanie sobie: w co grają ludzie, pozwoliło nam wyodrębniać sposoby komunikacji aktorów pomiędzy sobą, w końcu – pomiędzy sceną i widownią. Przestrzeń naszego przedstawienia jest otwarta, nastawiona na rozbicie iluzyjnego obrazu, zaznaczająca jedynie pole gry.

Dlaczego zrezygnowała Pani tym razem z ukazania dopisanej przez Witkacego  finałowej pantomimicznej scenki, w której duchy Nibków trzymając się pod ręce, kiwają na córki i cała rodzina odchodzi w zaświaty? Scena ta kończyła Pani pierwszą inscenizację.

Zdecydowaliśmy razem z aktorami, że trzeba zostawić miejsce dla wyobraźni widzów. Każdy powinien mieć możliwość samodzielnego rozstrzygania o dalszych losach Nibków.

Co dalej z W małym dworku? Czy uważa Pani, że można wydobyć z tej sztuki jeszcze coś więcej?

Nie uważam naszej inscenizacji za ostateczną, jest to jedno z możliwych „odczytań” tej sztuki. Ile głów, tyle teatrów.

Powiedziała Pani kilkanaście lat temu, że ,,teatr Augustynowicz byłby teatrem bez motta”. Czy nic się nie zmieniło?

Nic. Teatr jest najszybciej starzejącą się sztuką. „Motta” jednego dnia zyskują, innego – tracą sens.

Czy może mi Pani zdradzić swoje twórcze plany na przyszłość?

Pracuję nad utworem Alberta Camusa Kaligula. Interesuje mnie Rzym – jako metafora świata, a Kaligula – jako metafora człowieka, który otrzymał nad tym światem władzę.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Zuzanna Liszewska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eleven − eight =