Zuzanna Kuc: Niemiec, Polak – słowa, które stygmatyzują

17 kwietnia 2013

O spektaklu Truskawkowa niedziela w reż. Grażyny Kani, Teatr Polski w Bydgoszczy.

Truskawkowa niedziela mat. teatru

Bydgoska „krwawa niedziela” budzi wiele kontrowersji wśród historyków. Polacy i Niemcy wciąż nie mogą się zgodzić na wspólną wersję wydarzeń z września 1939 roku. Truskawkowa niedziela – choć ma być głosem w dialogu między sąsiadami – nie jest spektaklem stricte historyczny. Tekst dwójki autorów-  Artura Pałygi i Katharin Gericke – jest bardzo wyważony i ostrożny.  Zdaje się, że autorzy nie mieli na celu rozliczenia się z przeszłością i znalezienia winnych. Stawiają bardzo wiele pytań, lecz świadomie nie odpowiadają na nie. Spektakl jest raczej próbą zdiagnozowania problemów w relacji polsko-niemieckiej.

Jednym z nich jest niemożność znalezienia wspólnego języka do mówienia o historii. W trakcie spektaklu wyświetlane są dwa filmy: propagandowe przemówienie Hitlera oraz polski film dokumentalny o Bydgoszczy. To dwie kompletnie różne narracje i dwa różne języki. W spektaklu biorą udział aktorzy polscy i niemieccy. Autorzy doskonale wykorzystali to utrudnienie. Język jest tu dosłownie tym, co dzieli i stygmatyzuje.

Bohaterowie spektaklu spotykają się podczas bankietu zorganizowanego w Wilhelskaven (miasteczku, w którym mieszka wielu Niemców z Bromberg). Naiwnym symbolem wspólnego działania mają być truskawki – owoc, który rośnie w obu krajach.  Reprezentantami strony polskiej są Kazimierz (Bydgoszczanin) i jego wnuk Mieszko, zaś strony niemieckiej Anna/Elsa z Bromberg i tłumaczka Dora. Ostatecznie nie dochodzi do porozumienia pomiędzy uczestnikami „krwawej niedzieli”. Być może jest to możliwe dopiero w pokoleniu, które wojny nie doświadczyło. Młoda Niemka Dora jest idealistką, poszła na polonistykę wierząc, że jej praca będzie misją (w tej roli znakomita Kathrin Ost). Aktorka mistrzowsko prowadzi swoją postać do wewnętrznej przemiany. Stopniuje emocje i bez nadmiernej ekspresji mimicznej wyraża skrajne stany emocjonalne. Dopiero po spektaklu dowiedziałam się, że aktorka nauczyła się swojej roli w języku polskim nie znając go. Trudno było to zauważyć, bo doskonale interpretuje słowo. Jako pośredniczka komunikacji między bohaterami w spektaklu próbuje łagodzić spory. To jej tłumaczenia są interpretacją ich agresywnych wypowiedzi.

Ciekawym zabiegiem jest umieszczenie na scenie tłumaczki Iwony Nowackiej. Przez cały spektakl trzyma ona w ręku scenariusz. Chociaż pełni rolę suflerki, kojarzy się z cenzorem. Tak jakby cały czas pilnowała, czy sytuacja nie wymknie się spod kontroli. Bo słowa stanowią realne zagrożenie. W spektaklu nie ma rozbudowanej akcji ani scenografii. Bydgoszcz/ Bromberg reprezentowana jest przez rysunek budowli na płachcie i rzeźbę łuczniczki, jej symbol. Elementy te znajdują się z tyłu sceny, stanowią tło opowieści.

Na koniec spektaklu wyświetlany jest cukierkowy film, w którym bohaterowie nie są już sąsiadami-wrogami, a ludźmi, których łączy wspomnienie mitycznej Bydgoszczy. Zbyt piękne, aby było prawdziwe – mówią twórcy, bo mimo zmiany w pokoleniach, relacje między Polakami i Niemcami pokryte są stereotypem i poczuciem krzywdy.

Zuzanna Kuc

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × 2 =