Zuzanna Liszewska: W zaświatach nie jest tak źle

7 maja 2012

Wywiad z Marią Seweryn, aktorką i dyrektorką Och-teatru w Warszawie, na temat jej roli Widma W małym dworku Witkacego w reżyserii Anny Augustynowicz (premiera 17 VI 2011),  z   2 IV 2012.

W małym dworku / materiały teatru

Zuzanna Liszewska: Jak to się stało, że w teatrze, w którym przeważa rozrywkowy repertuar, pojawiła się Anna Augustynowicz z Witkacym?

Maria Seweryn: W naszym teatrze,  podobnie jak w Polonii, obok Boskiej, Boga, Seksu dla opornych, grane były Szczęśliwe dni, a są Trzydzieści dwa omdlenia, Trzy siostry,  jest  więc różnorodny repertuar.  Nie mamy tylko i wyłącznie spektakli ,,rozrywkowych”, zdarzają się  ,,trudniejsze”.  Staramy się pokazywać również klasykę (na przykład Pan Jowialski). Proszę zwrócić uwagę, że Och- teatr otworzyła przecież  Wassa  Żeleznowa Gorkiego. Niestety, przyszły trudne czasy, ostatnio zauważyliśmy spadek frekwencji i w związku z tym na razie Och-Teatr, jako większa scena,  pójdzie rzeczywiście w bardziej,,rozrywkowym” kierunku. Stąd pomysły na Mayday i  Lady killers. Witkacy mieścił się w tym bardziej klasycznym nurcie. Natomiast w Polonii pojawią się tytuły z wyższej literacko półki (teraz Pilch, za chwilę Gombrowicz). Mamy nadzieję, że nasze teatry będą się więc uzupełniać.

Pojawienie się Ani w Och-u zawdzięczam współpracy z nią przed laty w Szczecinie, przy Polaroidach Sile komicznej. Ania jest dla mnie wielkim autorytetem, moim mistrzem w świecie zawodowym.  Podziwiam ją nie tylko jako twórcę , ale także  w równym stopniu jako człowieka,  mającego niezwykły i pełen szacunku stosunek do zawodu, do tekstu, do  interpretacji, odnajdywania sensów…

Wybraliśmy W małym dworku, ponieważ doszliśmy do wniosku, że wdzięczniejszego tekstu Witkacego nie ma. Jest zabawny, dla każdego i moim zdaniem, jakby stworzony dla Ani. Robiła tę sztukę po raz drugi, z całkowicie inną obsadą,  więc było to ciekawe wyzwanie.

Pierwsze spotkanie z Anną Augustynowicz przy Polaroidach było dla Pani przełomowe. Czy i takie okazało się to kolejne, przy okazji W małym dworku?

To było inne, przede wszystkim następne spotkanie. Cieszyłam się, że mogę wrócić do jedynego w swoim rodzaju języka teatralnego Ani, który bardzo lubię. Jest czysty, rządzi się własnymi jasnymi, żelaznymi regułami. Zaproszenie Ani do Och-teatru było dla mnie zwieńczeniem pewnego  pierwszego jego etapu.  Tak naprawdę czekałam, żebym tym razem to ja mogła zaprosić Anię do współpracy.  I udało się.

Miała Pani już wcześniej doświadczenie w grze w sztukach Witkacego? Jaki ma Pani stosunek do tego rodzaju bardzo specyficznej i bardzo oryginalnej przecież literatury, teatru?

Nie. Bałam się Witkacego, nie znałam go dobrze. Dopiero dzięki pracy z Anią mam wrażenie, że go ,,prześwietliłam”. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że nie jest wcale  strasznie skomplikowany, zagmatwany, ale wręcz czysty, precyzyjny, niemal matematyczny.  To było dla mnie odkrywcze i nowe. Może wstyd się przyznać, ale przedtem wielokrotnie sięgałam do witkacowskich książek i nie potrafiłam przez nie przebrnąć. Dopiero teraz widzę, o czym on opowiada, doceniam fantastyczność charakterów, uniwersalność, umiejętność naśmiewania się z ludzkich przywar, trafność psychologicznej obserwacji… Mówiąc o Witkacym często też  zapomina się o fantastycznym potencjale komediowym, drzemiącym w jego sztukach. Po za tym, bałam się ,,dużej” formy. Często na scenie wydaje nam się, że jesteśmy zbyt jaskrawi, ale w momencie, gdy cały świat sceniczny jest tak skonstruowany, tworzy się coś prawdziwego, niezbyt odległego od życia.

Czy mogłaby Pani opowiedzieć jak wyglądały próby? Słyszałam już od innych aktorów o szlifowaniu każdego zdania niby muzycznej frazy, o uczeniu się swoistej partytury tekstu, o pewnej konsekwentnej  bezwzględności reżyserki we wcielaniu w życie swojej wizji…

To prawda, że Ania jest reżyserem, który ma ,,żelazną rękę”. Nie można zapominać, że pilnuje nie tylko formy, ale przede wszystkim treści. Nie ma mowy o żadnej nadinterpretacji, o użyciu tekstu na swoje potrzeby i za to ją bardzo cenię. Wielu reżyserów  dziś lekceważy słowo, a Ania wyjątkowo ,,słyszy” tekst. U niej praca nad intonacją polega na dążeniu do sensów,  na  wydobywaniu cech charakteru postaci. Rytm jest dla niej także niezwykle ważny.

Dużo rozmawialiśmy  o samej  Czystej Formie, o tym, co Witkacy zalecał aktorom. Przede wszystkim pisał, żeby nie używać swoich ,,bebechów”, swoich emocji, ale być jakby obok postaci, podchodzić do niej z dystansem. Na tym polegała chyba główna trudność, żeby  jednocześnie nie było to zupełnie puste i żeby nie tracić poczucia humoru drzemiącego w Dworku.

Ania stawiała bardzo wyraźne ramy, ale kiedy już zaakceptowało  się i zrozumiało te  granice   wykreowanego przez nią świata, miało się ogromną wolność.

A jak wyglądała konkretnie Pani praca nad rolą Widma?

Było to dla mnie trudne, ponieważ musiałam złapać pewną konwencję, w której jest Widmo. Musiałam też wytłumaczyć sobie, dlaczego przychodzi ono zabić swoje dzieci. To jest podstawowe pytanie, które zadałam sobie zarazem  jako aktorka, jako kobieta i jako matka.  Anastazja to postać wielowymiarowa, pełna sprzeczności. W tekście pada jednak jedno ,,ziemskie” wytłumaczenie jej postępowania – gdyby tego nie zrobiła, dziewczynki zostałby uwiedzione przez Jęzorego, a może nawet przez wszystkich innych mieszkańców dworku, tak jak ona została uwiedziona.

Myślę, że mimo to, Anastazja kochała Jęzorego naprawdę, z całą ciemną stroną jego męskiej natury, ze wszystkimi jego wadami. Jest między nimi pewna aformalna, jedyna szczera rozmowa w całej sztuce, rozmowa,  która wyjaśnia wszystko. Jednocześnie Widmo zdawało sobie sprawę, że trzeba zabrać dzieci, żeby je chronić. W małym dworku, przy całym bogactwie komizmu jest także, moim zadaniem, ,,podskórnie”,  dramatem o molestowaniu. Abstrahując od tego, w pewnym momencie przed premierą zdałam sobie sprawę, że siła i tajemnica Anastazji tkwi w tym, że ona wie. Mówi: ,,nie kłam, nie obiecuj, bo ja wiem”. Jej przewaga nad innymi polega na tym, że ma już wielki dystans,  szerszą perspektywę, wie, jak jest po tej drugiej stronie. I skoro będąc matką kochającą swoje dzieci, postanawia je tam zabrać, to oznacza, jak mi się wydaje, że nie jest tam tak źle, że na tamtym świecie jest lepiej niż tutaj. Przy tej strasznej, makabrycznej przecież  historii, takie założenie daje  nadzieję. Być może cała rodzina Nibków spotka się po drugiej stronie i będzie inaczej. Być może życie tutaj nie ma aż takiego znaczenia, jak nam się wydaje…

Wróćmy jeszcze do Czystej Formy w aktorstwie. Na czym właściwie polega? Czym dla Pani jest ta Czysta Forma? Słyszałam od jednego z aktorów,  grających w tym przedstawieniu, że Czysta Forma to ,,płomień zamrożony w soplu lodu”…

Nie sądzę, żeby  udało mi się  w pełni dotknąć tajemnicy Czystej Formy w aktorstwie. Natomiast mam poczucie, że Ania, prowadząc nas, była tego bardzo blisko. Któregoś razu ktoś przyniósł to, co Witkacy pisał o Czystej Formie i to dokładnie zgadzało się z tym, co Ania mówiła.

Wydaje mi się, że  Czysta Forma polega  na ,,wchodzeniu” i ,,wychodzeniu” z postaci, odejściu od niej w ułamkach sekund. Robieniu ,,nawiasu”, powodującego dystans do postaci. Daje to  efekt panowania nad tym co się opowiada, co nie znaczy, że nie jest  to  prawdziwe

i poruszające. Czułam,  na czym  polega  Czysta Forma właśnie w momentach, kiedy na przykład wchodziłam jako Widmo w określonej, wystiudowanej, teatralnej pozie, a za chwilę mówiłam całkowicie normalnie, naturalnie. Na tym właśnie opiera się cały żart z konwencjonalnego aktorstwa.

Ale czy właściwie wyśmianie dziewiętnastowiecznej  konwencji może jeszcze być czytelne i mieć znaczenie dla współczesnego widza, przyzwyczajonego do zupełnie innego aktorstwa i teatru?

Gdybyśmy chcieli stricte naśmiewać się z dziewiętnastowiecznego teatru, to być może rzeczywiście byśmy w tym ugrzęzli, ale nie do końca o to chodzi.  Podobny efekt w teatrze stosuje na przykład Iwan Wyrypajew w Tańcu Dehli. Opowiada wstrząsającą historię przez dystans do konwencji. Dzięki temu dystansowi dotyka się czegoś bardzo prawdziwego, co trudno uchwycić, nazwać. Jeżeli zgodzimy się na taką konwencję, to nas wciąga,  często nie możemy oderwać oczu, może nas dotknąć to bardziej niż krzyczący, czy spazmujący na scenie aktor, jego krew, pot i łzy. Ten dystans umożliwia wytworzenie wspólnej płaszczyzny z widzem, stwarza możliwość rozmowy z nim.  Nie znaczy to jednak,  że nie lubię teatru realistycznego, wczuwania się się w postać ,,1:1”, czego wymaga na przykład repertuar amerykański. Bardzo dobrze się w nim czuję. To, co jest fascynujące w naszym zawodzie, to właśnie  konieczność owego ,,podróżowania” po konwencjach. To naprawdę ogromna radość.

Czy według Pani istnieje możliwość wyjścia z formy? Bycia autentycznym w życiu?

Niedawno skończyłam trzydzieści siedem lat i  tak bardzo chciałabym nie musieć  niczego udawać, nie przejmować się, jak reaguję, ale  reagować szczerze i prawdziwie, nie przejmować się, co ktoś sobie pomyśli, co powinnam, itd. Wydaje mi się wspaniałe, że można dojść do czegoś takiego, pozbyć się ciągłego wahania. Ale nie wiem, czy to jest możliwe.  Czy jesteśmy w stanie żyć całkowicie autentycznie.  Agnieszka Osiecka, kiedy przyjechała po rocznym pobycie w USA do kraju,  powiedziała mojej mamie i Magdzie Umer, że w Stanach zachwyciło ją to, że nikt tam niczego nie udaje i postanowiła postępować tak samo od tej chwili w Polsce, po prostu mówić prawdę. Podobno wytrzymała dwa miesiące (śmiech). Konsekwencje mówienia prawdy były zbyt przerażające… Trzeba je ponieść, znaleźć równowagę. Ale skoro mówimy o Widmie, które jest matką – jedno jest pewne: dzieciom nie wolno kłamać, nawet jeśli popełnia się różne błędy. Widmo, choć samo wiele nakłamało w życiu i cały czas gra, po powrocie z zaświatów walczy o prawdę. ,,Zdaje się, że to jest dość ważne.” – mówi.

Co było dla Pani najważniejsze w  pracy nad tym spektaklem jak również w samym spektaklu?

To uniwersalna historia, pełna fundamentalnych pytań o zaświaty, prawdę, miłość do dzieci, które pozostają bez jednoznacznej odpowiedzi. Dla mnie spektakl jest jednak  zawsze przede wszystkim spotkaniem. Najpierw jest spotkanie reżysera z aktorami i z autorem, a potem spotkanie ich wszystkich z widzem. Dzięki nam Ania Augystynowicz mogła się spotkać z widzami i to jest dla mnie najważniejsze. Ważne  jest również to, że spektakl nigdy nie jest do końca zamkniętym procesem. Każda próba wznowieniowa z Anią wiąże się bowiem z wniesieniem czegoś nowego.

Jakie są Pani twórcze plany na przyszłość?

 Teraz Och musi wyrobić trzy lokomotywy finansowe (śmiech).  Mamy więc w planie zmiany repertuarowe,  spektakle lekkie, ale nie znaczy to, że nie będą na najwyższym poziomie. Dlatego, jak już wspominałam,  powstał Mayday, powstają Pocztówki z Europy ze starszym pokoleniem aktorów (m. in.z Magdą Zawadzką, Leonardem Pietraszakiem, Wiesławą Mazurkiewicz…) w reżyserii Krystyny Jandy.  Potem Czarek Żak zadebiutuje w roli… reżysera teatralnego i zrobi najnowszy hit londyński, do którego właśnie kupiliśmy prawa autorskie –  Lady killers czyli Trzeba zabić starszą panią. To będzie prapremiera polska. Mamy nadzieję, że spowoduje to większą frekwencję i będziemy mogli pozwolić sobie na granie Witkacego bez lęku… Na W małym dworku przychodzi mniej osób, być może dlatego, że pokutują stereotypy wyniesione ze szkoły, że Witkacy jest skomplikowany i nudny. Wiadomo też, że  nie da się zadowolić każdego. Mimo wszystko, wierzę w widza teatralnego.

Dziękuję za rozmowę.

Zuzanna Liszewska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

7 + nineteen =